0 obserwujących
23 notki
17k odsłon
1619 odsłon

Kto zyskuje na drogim i kiepskim transporcie miejskim?

Wykop Skomentuj52

Za każdym razem gdy środowiska ekologiczne lub lewicowe mówią o pomyśle wprowadzenia bezpłatnego transportu miejskiego, podnoszą się liczne głosy krytyki.

Na pierwszy rzut oka - mogłyby one dziwić, bo któż chciałby płacić za bilety, jeśli mógłby tego uniknąć? Podnoszone są różnorakie argumenty, a części z nich nie można nawet odmówić sensu. Przynajmniej pozornie. W sumie głosy krytyki stają się głosami wielkich korporacji, które zwyczajnie w tym mają swój interes. Zobaczmy jaki. Wznieśmy się jednak ponad skalę "mikro" do której one się odnoszą i popatrzmy na sprawy nieco szerzej. Najpierw małe repetytorium z historii.

W Stanach Zjednoczonych wiek temu transport publiczny był świetnie rozwinięty, przy czym dominowały w nim tramwaje. Co prawda operatorami były dość duże prywatne firmy, ale nie skutkowało to takimi tego negatywnymi skutkami jakie znamy z naszych dzisiejszych obserwacji. Tramwaje były cenione przez pasażerów w całych stanach, dzięki temu że były szybkie, ciche i kursowały często. W zasadzie wszyscy byli zadowoleni za wyjątkiem bossów dwóch branż: producentów samochodów osobowych oraz lobby autostradowego, które wówczas było właściwie w powijakach. Producenci samochodów mieli już jednak swego lidera, a był nim General Motors. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat nastąpił szereg zmian, które przysłużyły się nie tylko tej firmie i pozwoliły jej zgromadzić kapitał porównywalny z budżetem średniej wielkości państwa, ale przede wszystkim zmieniły obraz Ameryki.

Mechanizm był prosty i łatwo go prześledzić w filmie, na przykład we "Wrobieni w korek". (dostepny online np. na www.my-poznaniacy.org). Tam bardzo obrazowo pokazano jak amerykańskie miasta "utramwajowione" aż do granic możliwości, ale za to bez korków zamieniły się w organizmy oplecione siecią autostrad i piętrowych skrzyżowań, gdzie mimo ogromnej ilości miejsca - są katastrofalne korki.

Oczywiście nic nie stało się nagle, a do masowej przesiadki Amerykanów z komunikacji publicznej do transportu indywidualnego przyczynił się szereg faktów. Był to i postęp cywilizacyjny i zastrzyk gotówki dla wracających z II Wojny Światowej weteranów. Było to i marzenie samodzielności i dostatku, ale - przypomnijmy - marzenie sprzedawane już wówczas społeczeństwu na kredyt. Bo warto pamiętać, że nie ma nic za darmo - za realizację każdego marzenia trzeba jakoś zapłacić.

Na drodze rozwoju branży autostradowej i samochodowej stanęły tory tramwajowe a przede wszystkim sympatia Amerykanów do tramwajów. Co zatem zrobić, aby mieszkańcy miast przestali lubić tramwaje? Odpowiedzmy sobie na pytanie, co najbardziej oni dotąd cenili? Wysoką częstotliwość, niezawodność, łatwy dostęp, pierwszeństwo przejazdu na skrzyżowaniach, które generowało punktualność oraz to że tramwaje są ciche. Lobby biznesowe zaatakowało więc w dwóch punktach. Po pierwsze, gdy tory po kilkuletnim okresie nieremontowania i intensywnego użytkowania podczas wojny i nastawienia całego kraju na produkcję wojenną, okazały się być w katastrofalnym i wymagającym natychmiastowego remontu stanie; okazało się że "bardziej opłaca się" wyrzucić je na złom, a tramwaje zastąpić autobusami. Ale autobus to już nie to samo: smrodził, trząsł się, zdarzało się że grzązł w gęstym ruchu ulicznym a jako że nie miał pierwszeństwa na skrzyżowaniach - przestał być tak punktualnym środkiem komunikacji. Drugi element tego ataku polegał na tym, że koncerny związane z "samochodówką" zaczęły mieć wpływ (drogą wykupu akcji) na firmy przewozowe i znów pod hasłem "większej opłacalności" zaczęły likwidować kursy i linie, które nie spełniały wyśrubowanych norm rentowności. Skutek? Komunikacja publiczna przestała jeździć często, na autobus czy tramwaj trzeba było czekać, więc ludzie coraz chętniej zaczęli przesiadać się na samochody. Te z kolei oferowano im na coraz dogodniejszych warunkach - kredytowych rzecz jasna - i każdy mógł "pozwolić sobie na odrobinę luksusu". Niestety ten luksus kosztował, bo prócz oczywistych odsetek przy zakupie na raty, był też koszt społeczny: im więcej aut przy danej przepustowości drogi, tym większe korki.

Czyż nie znamy tej historii z naszych miast? PKSy, ZKMy, ZTMy, MPKi a także PKP i inni możliwi przewoźnicy podnoszą argument "ta linia się nie opłaca", więc bęc! I likwidujemy. Ludzie jakoś dotrzeć muszą, a trudno spodziewać się, żeby przesiedli się na furmanki i rowery. Więc w czasach, gdy już za 1000 zł można kupić jeżdżący samochód, każdy kupuje. Ci zaś, którzy mają możliwość się zadłużyć - kupują nowe, piękne i na raty. Zaś w promocji i zupełnie za darmo każdy dostaje znaczny udział w powstawaniu korków.

W międzyczasie w Ameryce zbadano rozwój natężenia ruchu i prawidłowości nim rządzące w perspektywie dłuższej niż kilka miesięcy, rok, dwa. I okazało się że budowa autostrady w miejsce starej drogi jest na tyle zachętą do jeżdżenia nią, że w perspektywie 4-5 lat korkuje się ona identycznie jak dawna droga. Wyliczono bowiem, że zwiększenie przepustowości drogi o określony procent zwiększa również jej obciążenie o identyczną wielkość. Po 4-5 latach poziom zakorkowania staje się identyczny jak przed przebudową. Krótko mówiąc: były korki, wybudowaliśmy autostradę, minęło parę lat, mamy identyczne korki. Los kierowców się nie zmienił, stojące w korkach pojazdy zanieczyściły środowisko bardziej niż gdyby szybko przemknęły, ale firmy drogowe zarobiły - i to niemało. Teraz zaś wmawiają znowu, że musimy im zlecić budowę jeszcze szerszej drogi. A zatem jeśli kieruje nami własny interes, nie dobro korporacji drogowej, to trzeba szukać innego sposobu, niż budowa kolejnych autostrad.

Aby zapobiec ewentualnym "czepialskim" wyjaśnię krótko: od kilkunastu lat jestem kierowcą, jeżdżę codziennie, jestem fanką jednej ze znanych marek samochodów i cenię sobie szybkie i wygodne drogi. Nie jestem nawiedzoną ekolożką, która najchętniej wszystkie auta potopiłaby w Wiśle. Ale pamiętam, że nie jestem sama w kosmosie.

Reasumując: czy skoro amerykańska historia się powtarza u nas, to możemy się spodziewać w perspektywie kolejnych nastu lat również 12-pasmowej autostrady z Gdyni i Gdańska do Kościerzyny przez Kartuzy, która jednak będzie non-stop zakorkowana? Bo co nam z takich autrostrad? I czy zrozumiemy to już teraz, czy dopiero wtedy, gdy korporacje autostradowe zaasfaltują cały region i wydrenują do cna budżet oraz nasze kieszenie?

 

PS: Komentujących proszę o przeczytanie i zrozumienie, a dopiero później o klejenie komentarzy w stylu "wyjaśnij to, co już napisałaś". Bo napisałam chyba wystarczająco jasno.

Wykop Skomentuj52
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale