20 obserwujących
192 notki
577k odsłon
  1451   0

Straż Graniczna - Tomasz Praga i Klub Pelikana

[Uwaga: W tej lokalizacji artykuł obejmuje więcej, niż jedną stronę.]

Co to za nazwiska: Praga i Bajger? To są ludzie ze ścisłego kierownictwa Straży Granicznej, komendant i zastępca, generałowie. I jeszcze Skorupska, dyrektor gabinetu Pragi. Wyżej w formacji nie ma już nikogo.

Praga, Bajger i Skorupska spotkali się z pewnym człowiekiem, z którym absolutnie spotykać się nie należało. A oni nie dość, że się spotkali, to jeszcze nadali temu uroczystą oprawę. Skompromitowali siebie, autorytet dowództwa i formację.

Posłuchajcie mojej opowieści:

Im dalej od historycznych wydarzeń, tym trudniej ustalić ich faktyczny przebieg, ale i tym łatwiej, jeśli by ktoś miał niecne zamiary, przypisać sobie udział w nich.

W ostatnim czasie głośno jest o bardzo już leciwej uczestniczce Powstania Warszawskiego, którą totalna opozycja uznała za najbardziej reprezentatywną przedstawicielkę środowisk kombatanckich. Pani nienawidzi PiS, wielbi równouprawnienie z tęczowym akcentem, i gorliwie demonstruje płomienny afekt do Niemiec, od których – według niej – Polska nie powinna domagać się reparacji, bo w stanie wojennym przychodziły stamtąd najfajniejsze paczki. Ta pani zbudowała opowieść o sobie, w której jako dwunastolatka dokonywała czynów nie tylko heroicznych, ale wręcz wiekopomnych, kluczowych, jak normalna wonder-woman. Przytomny rzut okiem na owo konspiracyjno powstańcze cv pozwala dostrzec, że nie ma fizycznej możliwości, aby choć połowa rzekomych zasług była prawdziwa. Niemniej szacunek oczywiście się należy, bo faktycznie pani w Powstaniu uczestniczyła i ryzykowała życiem. Jednak czy to wystarczy, aby kreować ją na powstańczy wzorzec z Sevres?

A z kim się Praga i Bajger spotkali? Jest taki pułkownik w stanie spoczynku. Nazywa się Bronisław Maciaszczyk, w okresie konspiracji podobno używał pseudonimu „Józef”, którym chytrze maskował fakt zamieszkania w miejscowości Józefów pod Warszawą. Podobno należał do AK, do której podobno wstąpił ślizgiem wprost z konspiracyjnego harcerstwa. I podobno za udział w wojnie został odznaczony orderem Virtuti Militari.

Dlaczego „podobno”? No bo jak dla mnie, to w jego wojennej opowieści nic się kupy nie trzyma, do tego stopnia, że nawet nie „podobno”, a bardziej „rzekomo” pasowałoby do jej streszczenia.

Pan „Józef” urodził się w roku 1932. Zawsze chciał nosić mundur, ale wybuchła wojna. Jako dziewięciolatek wstąpił do harcerstwa, w 1941 roku. Wtedy harcerstwo nazywało się „Szare Szeregi”, ale o tym się pan „Józef” nie zająkuje. On właściwie należał wtedy do... No właśnie, gdzie? Twierdzi, że to była „organizacja strzelecka”, która latem 41 roku zorganizowała obóz harcerski. Natknął się na nich przypadkiem, w warsztacie samochodowym. A na obozie był szkolony z taktyki drużyny piechoty. Bardzo mu się podobały mundury. Tak, oni normalnie w konspiracji nosili mundury organizacji „Strzelec”, mieli godło bez korony i kupę bajeranckich detali, które pamięć pana „Józefa” żywo przechowała przez te wszystkie lata. A na zakończenie wakacyjnego szkolenia otrzymał od organizatorów zaświadczenie na piśmie, że je odbył. No taka formalność, ważne w razie gdyby jakiś Niemiec nie chciał uwierzyć.

Ze swoim pisemnym Certyfikatem Partyzanta dziewięcioletni „Józef” złożył aplikację do dorosłego oddziału. No to był taki niezależny oddział, tam mieli pseudonimy, a przyjmowali od lat dwunastu. Musiał trochę ściemnić, jak Janek Kos. Ale się nie skapnęli. I tak się z nimi zakonspirował, uprawiając „mały sabotaż”. Na trzydniowym szkoleniu strzeleckim mówi, że nie wiedział, jak wziąć karabin do ręki, chociaż wcześniej, rzekomo na tym obozie „Strzelca”, po którym dostał zaświadczenie, strzelał z broni sportowej. No logiczne, o co tu się czepiać. Trzy dni w Puszczy Niepołomickiej pukali z karabinów, oni i dwunastoletni (dziesięcioletni) on. A gdy wybuchło Powstanie...

Chłopiec ps. „Józef” zdobywał most od strony prawobrzeżnej Warszawy, żeby zrobić przejście dla wojska Berlinga. Chyba byli w oddziale uzbrojeni po zęby, bo on otrzymał karabin. Strzelać przecież już umiał, ale jak sam przyznaje, odgłosu karabinu maszynowego nie rozpoznawał. A jego oddział był tak niezależny, że ani razu nazwa „Armia Krajowa” w relacji wojennej naszego bohatera nie pada. A ten most, no to tak się na niego szturmem rzucili, wybrali sobie któryś, wolny stał. Ale się nie udało, uzbrojony po zęby chłopiec ps. „Józef” został ciężko ranny i na tym trzeciej powstańczej nocy wojaczkę zakończył.

A potem to już poszło gładko, bo po wyzwoleniu wstąpił do wojska, ale z dala od Warszawy, żeby go, jak sam określa, „kacapy” nie złapały, i już będąc oficerem zawodowym artylerii złożył papiery do akademii ekonomicznej. Ale nie. Zawołał go dowódca i zrugał, że jak to na ekonomię, strata czasu. W wojskach technicznych wyższe studia ekonomiczne się nie spodobały. Aha. No więc ten dowódca wysłał go na trafniejszy kierunek, do Akademii Sztabu Generalnego. A stamtąd na siłę do sowieckiej akademii wojskowej go chcieli dać, do Leningradu. Nie mógł odmówić, ale się krzywił, więc w końcu go nie wysłali.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale