Witam całą Społeczność Salonową. Na początek może kilka słów o tym, co mnie interesuje i oczym będę tutaj pisał. Wiara w tytule tego bloga nie ma nic wsólnego z jakąś religią, w każdym razie nie z religią w ujęciu światopoglądowym. Chodzi mi tutaj o wiarę w sensie 'domniemania słuszności', albo założenia o słuszności tezy bez przeprowadzania dowodu, a czasem nawet bez możliwości przeprowadzenia takowego dowodu. Podobieństwo wiary w fizyce i w religii jest nieprzypadkowe, bo też i mechanizm psychologiczny ten sam, a i fizyk nierzadko religijnym jest.
Tutaj przypomniała mi się historyjka-anegdota, opisuje ją Steven Weinberg (ten od chromodynamiki) w jego książce.
Niels Bohr ma odwiedziny znajomych. Jeden z nich nagle zobaczył podkowę przybitą nad drzwiami domu i zaskoczony mówi do Bohra: -Niels, przecież ty nie wierzysz w takie rzeczy! Na to Bohr odpowiada: -Wiesz, podobno to pomaga też tym, co w to nie wierzą.
Oczywiście nie twierdzę, że Bohr był religijny, albo wierzył w gusła. Jeśli historyjka jest prawdą, to był to zapewne mały żart, swoista mała prowokacja z jego strony. A dla mnie osobiście jest to wskazówka, żeby zachować dystans do własnych spostrzeżeń, gdyż bez takowego dystansu bardzo łatwo jest zabrnąć w myślowe ślepe zułki.
Wracam do tematu wiary w fizyce, czyli wiary w słuszność założeń w bez przeprowadzania dowodu. Wiara w fizyce powstaje i funkcjonuje trochę podobnie jak wiara różnych odłamów religijnych, czy sekt. Na początku sekty jest jakiś nawiedzony GURU, który ma jakąś IDEĘ. Przy czym w przypadku sekt jest rzeczą zupełnie nieistotną, jaka to idea. Może to być np. Świętość Podkoszulki Bawełnianej, albo wyższość jednych świąt nad drugimi. Zadaniem guru nie jest budowanie logicznej podbudowy dla IDEI, jego zadaniem jest zebranie grupy wyznawców, którzy oplątani emocjonalno-materialnymi zależnościami z grupą i wodzem, poniosą IDEĘ w świat, zwerbują nowych wiernych i dadzą się za nią poszatkować, czy spalić żywcem na jakimś rancho.
W fizyce powstawanie nowych mitów i wiary w nie różnych ugrupowań przekonanych o słuszności i 'niepowracalności' z drogi, którą kroczą jest bardzo podobne, z wyjątkiem może tego poszatkowania. Różnice leżą tylko niuansach. Początkiem nowego mitu, czy nowej grupy naukowej wierzącejw w taki jest zwykle jakiś nowy FAKT, odkryty i zmierzony, udowodniony i opisany, ale nie pasujący do dotychczasowych wyobrażeń w nauce. I sytuacja staje się niezręczna, bo FAKT jest, a wytłumaczenia (DLACZEGO?, albo JAK TO SIĘ DZIEJE?) brak. I taki FAKT, co zrozumiałe, skrobie po świadomości a nierzadko i po ambicji naukowca-fizyka. Takie Niewytłumaczone Coś zwyczajnie wkurza. I bardzo dobrze. Pytanie tylko, co dalej można (należy) z takim uwierającym faktem począć.
Żeby zbyt daleko nie sięgać, weźmy na pierwszy przykład geofizykę i tę znaną już ogólnie i dzisiaj bez zastrzeżeń akceptowaną Tektonikę Płyt. Z badania podobieństwa warstw osadowych i samego kształtu wybrzeża Ameryki Południowej i Afryki, Alfred Wegener i Otto Ampferer wyciągneli na początku dwudziestego wieku, logiczny dla nich wniosek, że kontynenty te w przeszłości były połączone i stanowiły jeden duży kontynent, a obecnie się od siebie oddalają.
No i zaczęło się! Całe stada geofizyków i geologów obsiadły i rozdziobały w proch ich logiczne argumenty świadczące o wędrówce kontynentów. Powód był jeden: większość NIE WIERZYŁA, że coś... no coś tak wielkiego, mocnego i ciężkiego jak kontynent może się poruszać. Rzeczowych argumentów przeciwko wędrówce kontynentów nie było. Słuszna i rzeczowa myśl została odrzucona przez NIEWIARĘ. W 1947 roku zmarł Otto Ampferer, zrezygnowany i rozgoryczony. A czternascie lat później, w 1961 roku dwóch geofizyków Dietz i Hess płynąc przez Atlantyk, badają ze statku strefy namagnesowania dna oceanu i wychodzi im, że dno Atlantyku ma nałożony wzór magnetycznych pasków rozchodzących sie ze środka Atlantyku na wschód i na zachód, a mniej więcej po środku Atlantyku wypływa lawa ze szczeliny długiej aż po Islandię i dalej. Był to niezaprzeczalny dowód na to, że Ameryka oddala się od Afryki i Europy. Teza Wegenera została jednoznacznie potwierdzona. Pozostało do rozstrzygnięcia pytanie: Co jest powodem wędrówki kontynentów?
Został stwierdzony zatem empirycznie fakt, dla którego potrzebne było jakieś wytłumaczenie sił sprawczych. W kontekście sił sprawczych, czyli mechanizmu napędowego tektoniki płyt instytucjonalna geofizyka stoi prawie w tym samym miejscu, jak za czasów Wegenera.
Na stronie
Some unanswered questions [This Dynamic Earth, USGS]
czytamy co pisze USGS, a jest to instytucja uważana w świecie nauki za coryphee, guru geofizyki:
What drives the plates?
"Although scientists can neither precisely describe nor fully understand the forces, most believe that the relatively shallow forces driving the lithospheric plates are coupled with forces originating much deeper in the Earth."…
…What drives the plates?...
"The mobile rock beneath the rigid plates is believed to be moving in a circular manner somewhat like a pot of thick soup when heated to boiling."
Ten 'obraz wiary' dzisiejszej geofizyki jest przedstawiony na poniższych rysunkach.

Może to się komuś wydać dziwne, ale smutnym faktem jest, że cała dzisiejsza geofizyka opiera się na WIERZE w mit konvekcji, jak te dwa, nieco infantylne rysunki poazują. Efekt tej wiary jest taki, że po jedym z cięższych trzęsień ziemi na Haiti w 2010 roku ScienceNOW Daily News13 January 2010 pisze:
The death toll from yesterday's magnitude-7.0 earthquake in Haiti has already reached the thousands and mayclimb higher. But seismologist William McCann says things could have been a lot worse. The quake ruptured only a part of the fault segment that caused a magnitude-7.5 quake over 200 years ago, he says, and that quakewas about five times more powerful than the one that struck near Port-au-Prince yesterday. McCann, who works at Earth Scientific Consultants in Westminster, Colorado, has spent decades studying theearthquake risks in the Caribbean. Nothing like yesterday's quake had struck Haiti since 1770--and that's whatworried him. "We were concerned because it's been 240 years since the last major earthquake on this fault," hesays. "Centuries have passed, and this area has been extremely quiet."
Jeśli geofizyk amerykański, wyposażony w miliony z NSF i po dziesiątkach lat spedzonych w rejonie, w którym zginęły tysiące ludzi, do powiedzenia ma jedynie że "...no... ale mogło być o wiele gorzej" to jest to nic innego jak ogłoszenie kapitulacji. Biała flaga na gmachu geofizyki.
Przedstawiony wyżej garnek zupy z USGS owocuje coraz to nowymi 'symulacjami wnętrza ziemi'. Poniżej na rys. a) pokazuję jedną z nich, na rys.b) rzut oka na globus i na płytę euroazjatycką. Na globusie widzimy, że wszystkie łańcychy gór Himalaje, Kaukaz, Karpaty, Alpy, Pirenje powstały i rosną dalej przez napór na płytę euroazjatycką kilku mniejszych płyt od południa. Wychodzi zatem na to, ze w tym garnu zupy dzieją się jakieś dziwne rzeczy. Konwkcja z nieznanych przyczy ma jakieś uprzedzenie do płyty euroazjatyckiej i pcha ją na północ z taką siła, że ta biedna aż sie pofałdowała i utworzyła w poprzek góry Uralu. Wszelkie ukierunkowania, czy uprzedzenia kłóca sie jednak ze stochastycznym harakterem konwekcji, która jest synonimem przypadkowości, swoistym kasynem fizyki.

A teraz niech ktoś spróbuje wyjść z tezą, że to wszystko to jednak nie jest garnek zupy.
Dla ścisłości należy tutaj jeszcze dodać, że pod tym tektonicznym garnkiem zupy miałby gotować się jeszcze drugi, na potrzeby geodynama. Coś jakby niecałkiem związany z tym pierwszym. No ale to już inna historia.
CDN TT



Komentarze
Pokaż komentarze (10)