Na wszelakich politycznie poprawnych salonach, także i u nas George Clooney robi za gwiazdę, ale też sumienie i wyrocznię. Tu Darfur wspierał, tam inwazję na Irak potępił. Obamę wspierał jak mógł. Co już samo w sobie awansuje go na świeckiego świętego. No i robi politycznie poprawne filmy takie jak np. "Good night and good luck". Nic więc dziwnego, że media typu Gazeta Wyborcza piszczą z zachwytu nad jego filmami. Tak więc dziś udałem na "Idy marcowe". Film jest płaski, przewidywalny do bólu i ma tylko jedną zaletę. Wiem dzięki niemu czemu nie zostałem politykiem. Bo jedyne przesłanie jakie niesie to to, że polityk może kłamać, manipulować, oszukiwać i zabierać dzieciom cukierki. Byleby tylko nie "posuwał stażystek" jak to określono w filmie. A ponieważ ja tam lubię ładne stażystki, ogólnie lubię to politykiem nie zostałem. Niekoniecznie muszę je jw., ale je lubię. Mam nadzieję, że moja Kobieta nie zabije mnie za ten wtręt o stażystkach. Powiedziałem jej zresztą to samo już w kinie i o dziwo nie mam podbitego oka ;) Ogólnie film to pierdu, pierdu o tym jak się za kulisami robi brudną politykę. Tu układ z tym, tam wyrolowanie kogoś innego. Wszystko znane i oklepane w dziesiątkach innych filmów. I tylko dziwi mnie jedno, że ten najbrudniejszy polityk grany przez Clonneya jest z partii demokratycznej. Czyżby Clonney nie chciał być posądzany o tanie zagrywki? A może czuje już kto będzie rządził niedługo w USA i robi sobie grunt pod nowe rozdanie? Tak czy owak nic nie stracicie nie idąc na ten film do kina. Pewnie za parę miesięcy wyemituje go jakaś telewizja.
348
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (5)