Zaraz się zlecą. Przyjdą i zaczną mi wygrażać, że jestem lewakiem.
Wszystkim moherowym babciom, bez względu na płeć i wiek, przypominam, ze jestem prawicowcem. Mało tego - jestem katolikiem. Dlatego, w ramach debaty "witaj szkoło", która przetacza się przez media, pisze tę notkę.
Wkurzyłem się, gdy pod rządami Giertycha ocena z religii została włączona do średniej. Wkurzyłem się też, gdy Legutkę, który w tej kwestii miał wątpliwości, okrzyknięto lewakiem. Ja liczę się z tym, ze też zostanę za takiego uznany, ale twierdzę: religii w ogóle nie powinno być w szkołach.
Na czym polega nauczanie religii w szkole? Sam to pamiętam: żywoty świętych na pamięć, odpytywanie z pacierza i Dekalogu. Na początku swojej polskiej edukacji trafiłem nawet na uczącą religii zakonnicę, która przepytywała dzieci (2 klasa podstawówki!!) czy maja grzech pierworodny. Odpytywanie z pacierzy wygladało tak, że trzeba było klękać przed tablicą. Potem katecheci zmieniały się jak w kalejdoskopie - raz były to nieśmiałe, bezradne wobec klasy młode dziewczyny, innym razem zakonnicy ze skłonnościami sadystycznymi (mój kolega z klasy miał przez katechetę złamany nos - dopiero wtedy szkoła się go pozbyła), a raz trafił się bardzo mądry ksiądz, którego w ciągu 5 sekund pokochała cała szkoła. To był geniusz pedagogiczny i wspaniały człowiek. Dużo mu zawdzięczam.
Oczywiście, byli uczniowie, którzy na religię nie chodzili. Jedną z takich osób była Wietnamka, buddystka, którą od razu zakonnik-katecheta wysmiał, że pójdzie do piekła, bo "zbawienie jest tylko w katolicyźmie". Inni, ateiści, mieli przechlapane ("No co ty, na religie nie chodzisz? Do piekła pójdziesz" - cytat z koleżanki, 5 klasa podstawówki). Dlatego część ateistów dla świętego spokoju chodziła na religię. Inni, już w liceum, chodzili tylko po to, by księdza-nieuka (wybaczcie, ale nieznajomość podstaw literatury pięknej w przypadku katechety to jednak przegięcie) upokorzyć przed klasą. W podstawówce przez jakiś czas była etyka, ale nauczyciel zniknął z jakichś przyczyn po 2 latach.
Co z tego wynika?
Religii w szkołach nie powinno być w ogóle. Bo niechodzących na religię dzieci potrafią okrutnie zranić i wyśmiać. Bo niedouczeni, sadystyczni katecheci potrafią bardzo dzieci zranić i nastraszyć. Bo religia katolicka nie jest jedyną wyznawaną w Polsce. Bo niechodzących na religię po prostu nie da się wysłać na etykę, której nie ma kto uczyć. Czasy szkół jezuickich, jako jedynych powszechnych, sie skończyły jakoś 200 lat temu.
Co w zamian? Obowiązkowa filozofia dla wszystkich. Dostosowana do wieku dzieci. Z elementami religioznastwa. Nie mówiłoby się tam, w co wierzyć i jak klękać na mszy, tylko jak żyć. A to jest różnica.
Natomiast katechezę jako taką przeniósłbym do parafialnych sal katechetycznych. Kto chce, niech chodzi. Kto nie dogaduje się z miejscowym proboszczem-idiotą, może wynieść się do sąsiedniej parafii, a nie być skazanym na niedouczonego katechetę szkolnego. Plus świadectwa dla chętnych, które byłyby potrzebne przy zdawaniu na teologię czy do seminarium.
I kłopot z głowy! Tak byłoby zdrowiej, spokojniej i wszyscy - katolicy, prawosławni, muzułmanie, ateiści, buddyści i diabeł wie kto jeszcze - byliby zadowoleni. Ryzyko trafienia na kretyna w sutannie, który dziecku wyrządzi krzywdę, będzie zmniejszone. Co więcej - ryzyko, ze okrucieństwo dzieci, które jest właściwe dla wieku 6-12 lat i jest w sumie naturalne, jeśli jest trzymane w ryzach, się zmniejszy.
Jestem katolikiem, religia - do kościołów.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)