Mniej więcej o 15 wróciłem ze szkoły do domu. Włączyłem TVN24, ciekaw, co dzieje się na szerokim świecie i zobaczyłem: słup dymu nad Nowym Jorkiem. Kwadrans wcześniej w wieżę WTC uderzył pierwszy samolot.
Siedziałem skamieniały, zapomniałem o kartkówce z biologii, która szykowała się na 12 września. Siedziałem i patrzyłem. I dopiero po kilku minutach zacząłem płakać. Drugi samolot wbił się w sąsiednią wieżę.
Na podwórku zamarło codzienne dziecięce życie. Urwisy z sąsiednich bloków przestali kopać piłkę, dzieciaki nagle ucichły. Rodzice zabierali je w panice do domów, jakby i na nasze ciche warszawskie podwórko miał spaść samolot z terrorystami na pokładzie.
Siedziałem i patrzyłem. Wszyscy patrzyliśmy.
Następnego dnia pobiegłem z kolegami i koleżankami pod pobliską ambasadę USA. Morze świec, rzeka ludzi, flagi, misie, kwiaty. Podeszła do mnie reporterka z jakiegoś radia, podsunęła mi mikrofon pod nos: "To był diabeł" - zdołałem z siebie wydusić. Patrzyłem, jak pod ambasadę przyszła z dziećmi kobieta w chuście, muzułmanka. Widziałem, jak składała kwiaty - a na twarzach ludzi nawet śladu nienawiści. Wtedy pomyślałem, że zło nie wszędzie zdoła dotrzeć.
Kartkówki tego dnia nie było.
Świadek zamachu, na ulicy u stóp płonących wież:
Mężczyzna: Yo, mam tu dziesiątki ciał, ludzie skaczą z dachu budynku na... przed World Trade Center. Ludzie. Ciała spadają z nieba... na górze budynku.
Policjantka w centrali miejskiej: Ciała?!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)