Blog
z pamiętnika Teutonicka...
Teutonick
Teutonick soldier of fortune
10 obserwujących 160 notek 114114 odsłon
Teutonick, 15 marca 2018 r.

O sporcie w ujęciu częściowo politycznym

138 0 0 A A A

   Sport jako swego rodzaju substytut zmagań wojennych w rywalizacji między narodami zawsze rozpalał niemałe emocje. W chwili obecnej można świętować sukcesy Polaków na ostatnim evencie lekkoatletycznym, a fenomenalne osiągnięcie sztafety 400-metrowców z pewnością przejdzie do historii i będą się do niego odwoływać kolejne pokolenia biegaczy. Nieco mniej można się cieszyć z sukcesów naszych sportowców zimowych przy okazji minionych igrzysk, niemniej jednak skoczkowie narciarscy, w dyscyplinie niezmiennie rozpalającej zbiorową wyobraźnię, nadal imponują wysoką i  – w odróżnieniu od czasów triumfów Adama Małysza – prezentowaną drużynowo w dość wyrównany sposób, formą. Nad wyczynami innych zawodników, a zwłaszcza zawodniczek, które nie tyle w d… były i g… widziały, ile, sądząc po wypowiedziach, wyżej zwykły owo samodzielnie wytworzone g… niźli własną d… lokować, wypada raczej spuścić zasłonę milczenia.

   Jednak nie oszukujmy się – ilość zdobytych miejsc premiowanych medalami częstokroć w historii bywała przedmiotowo wykorzystywana do wmawiania Polakom , że „się liczymy” i to nie tylko sportowo. W latach 70-tych „byliśmy potęgą” i to nie tylko w zdecydowanie niszowych dyscyplinach, czego nie omieszkała w sobie znanych celach wykorzystywać gierkowska propaganda. Z przyczyn oczywistych najbardziej na wyobraźnię oddziaływują dyscypliny drużynowe, de facto one świadczą najlepiej o „kondycji” nie tylko systemu szkolenia i selekcji, ale także stopniu usportowienia całych rzesz chłopaków kopiących piłkę na podwórkach czy też odbijających krążek na zamarzniętych kałużach. Tutaj o losach całych zawodów na poważnym szczeblu nie ma szans zdecydować jeden samorodny talent – bez odpowiednio uformowanych partnerów na murawie czy parkiecie nawet największy geniusz cudów uczynić nie zdoła.

   Z tego wszystkiego znakomicie zdają sobie sprawę wszelkiej maści macherzy usiłujący zbić na sporcie swój własny kapitał, wśród których grupę nie dającą się zlekceważyć stanowią właśnie politycy. Niebagatelny element propagandy sukcesu w czasach „zielonej wyspy” stanowiły schyłkowe osiągnięcia naszego „Orła z Wisły” tudzież innych mniej lub bardziej lotnych orłów uprawiających takie czy inne dyscypliny. Oczywiście nawet tutaj platformerski Gang Olsena nie potrafił ustrzec się żenujących wpadek. Bo trudno nie uznać za takową faktu postawienia przez ekipę, której sporej części, chociażby ze względu na swoją częstą obecność na boisku w ramach przerywnika w tzw. pracy, nie sposób posądzić o brak styczności ze sportem jako zagadnieniem, na którym zgodnie z popularnym porzekadłem  winien znać  się u nas każdy haratający w gałę nomen omen kopacz, na czele urzędu ministerialnego totalnie niekumatej Joanny od III ligi hokeja czy losowania drużyn do finału PP.

   Wydawałoby się, że w kwestii obsadzenia tak kluczowego z perspektywy PR-u, stanowiącego samo sedno działalności donkowych piłkarzyków, resortu nie można dysponując tak szerokim wachlarzem kadrowym nic spartolić. A jednak – okazało się, że nawet tutaj można posadzić na ministerialny stolec parytetową paprotkę specjalizującą się w układaniu fryzur tudzież udzielaniu się w fan-clubie Madonny połączonym z podejmowaniem własnych niezbyt udanych prób śpiewaczych. Czy ktoś jeszcze, poza kilkoma resortowymi skandalami oraz kuriozalnymi wypowiedziami na temat emerytów dla rozrywki zabijających czas w kolejkach do lekarza, z czymś ową panią kojarzy (można by jeszcze ewentualnie dodać kilka osiągnięć na niwie obyczajowej w postaci aktu porzucenia własnego potomstwa oraz, skierowanego do przylizanego pluszaka dla żartu nazywającego siebie „redaktorem”, nakazu tytułowania samej siebie „ministrą”)? Jak widać, także na innych przykładach kobiet wywodzących się z brudnego łona totalnej opozycji, stanowiących chodzące (a co gorsza wydające z siebie głos) kontrargumenty wobec idei wprowadzenia parytetów w polityce, poprzednio rządząca ekipa funkcjonowała najwyraźniej w myśl zawartego w piosence Wojciecha Młynarskiego pytania „Co by tu jeszcze…?”.

   Zahaczając o wątki osobiste sam jako żywo zainteresowanie sportem, pomimo wybranej swego czasu i praktykowanej przez czas jakiś zawodowo ścieżki edukacyjnej powiązanej z wychowaniem fizycznym, utraciłem w wieku średnio dojrzałym, kiedy tylko zorientowałem się, że w odróżnieniu od mitycznych peerelowskich rekordów w „spustach surówki”, „nasze” sukcesy na rzeczonej niwie niekoniecznie przekładają się na naszą pozycję gospodarczą, militarną czy polityczną w ogóle. I po prostu niespecjalnie, poza może chwilową poprawą nastroju w gronie kibicujących, posiadają realny wpływ na nasze codzienne życie. Zresztą pamiętny doświadczeń zwłaszcza z lat 90-tych musiałbym przyznać, że ilości gorzkich rozczarowań, jakie kosztowały mnie przeróżne porażki i kompromitacje naszych dzielnych reprezentantów nijak nie były w stanie zrekompensować pojawiające się od czasu do czasu chwile tryumfu.

Opublikowano: 15.03.2018 13:35.
Autor: Teutonick
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

szydercza szarańcza

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Różnica pomiędzy reżymem "nazistowskim" a "bolszewickim" jest taka, że tatulo wspomnianego w...
  • A ja proponuję od razu wywiesić białą flagę. A nie, sorry - przecież jest już od dawna...
  • Moje przesłanie do tej starej szantrapy jest proste: zmień piguły

Tematy w dziale Sport