z pamiętnika Teutonicka...
it's a new sheriff in town
9 obserwujących
160 notek
116k odsłon
189 odsłon

Nie dziwi nic

Wykop Skomentuj

   Na ostatni dzień roku w ramach wietrzenia magazynów i czyszczenia szuflad zamieściłem na nieco innym portalu blogerskim zapomniany w swoim czasie przeze mnie tekst traktujący co nieco o stanie naszej rodzimej kinematografii i sposobach jej finansowania. Notka ta zresztą została pierwotnie zamieszczona na tutejszych łamach, będąc zainspirowaną komentatorskim dialogiem z pewnym tutejszym blogerem, a zmiany w niej wprowadzone zostały sprowadzone do symbolicznej kosmetyki. A oto jej treść:
>>PISF-dzielcza kamieni kupa w rodzimym przemyśle filmowym
   Tak się składa, że jakiś czas temu w ciągu kilku dni na kanale Cinemax, z braku lepszego zajęcia podczas pooperacyjnej rehabilitacji, miałem okazję obejrzeć dwa filmy zahaczające swą fabułą o podobną tematykę z gatunku takich, którymi nie zwykłem się jakoś na co dzień nadmiernie pasjonować. Mowa o dwóch produkcjach: wytworze hollywoodzkiej maszynki pt. „Life” i rosyjskojęzycznym „Salut 7”. Zasadnicze różnice między nimi wyrażają się z grubsza w czasie poprowadzonej w nich akcji. Pierwszy obrazek, jako klasyczny s-f, odbywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, drugi zaś prezentuje wydarzenia oparte na autentycznej historii z lat 80-tych ubiegłego wieku, stanowiącej niejako sowiecki odpowiednik jankeskich perturbacji związanych z wysłaniem w kosmos Apollo-13. Pozostając - jako się rzekło - osobą nieszczególnie zafascynowaną tematyką fantastyki niekoniecznie naukowej, ale również i podboju przestrzeni kosmicznej, muszę się przyznać, że zekranizowanej wersji owych amerykańskich komplikacji, z występującym w jednej z głównych ról pewnym cenionym aktorem, będącym zarazem dopiero co ujawnionym za pomocą „bielskich entuzjastów” amatorem kwaśnych jabłek, występujących z kolei pod postacią poczciwego fiata 126p, nie miałem okazji oglądać, w związku z tym nie będę tu porównywał z pewnością bardziej przystających do siebie treściowo obrazów filmowych, odzwierciedlających w mniejszym bądź większym stopniu historyczne już dziś wydarzenia. Zwłaszcza, że daty ekranizacji oddziela jednak ładnych 20 lat z okładem. Za to oba wymienione na wstępie filmy pochodzą z tego samego, ubiegłego roku, w związku z czym łatwiej będzie o dostosowanie do nich tej samej skali porównawczej.
   Zachowując wszelkie proporcje (wspomniane odmienne ramy czasowe obu scenariuszy oraz tak naprawdę inne gatunkowo kino) należy przyznać, że pod względem zarówno szczegółów i rozmachu scenografii, pracy kamery, ale i gry aktorskiej, dramaturgii, rytmu oraz spójności poprowadzonej historii, a wreszcie obróbki końcowej okraszonej odpowiednią dozą efektów specjalnych, oba filmy ani na jotę nie odstają od siebie pod względem zaprezentowanego poziomu wymienionych przymiotów. Obraz zza oceanu jest bardziej dynamiczny poprzez wprowadzenie „obcego” i odrobinę może bardziej hollywoodzki w swej politpoprawno-lukrowanej odsłonie. Z kolei obrazek zza wschodniej granicy, ozdobiony nieco poradziecką propagandą sukcesu, skupia się chyba nieco bardziej na głębi przekazu, ze szczególnym uwzględnieniem zobrazowania fenomenu umiejętności przełamywania własnych słabości. I to by było na tyle jeśli chodzi o rzucające się w oczy różnice.
   Dodatkowo do napisania tejże „recenzji” (cudzysłów nieprzypadkowy), poza rzecz jasna chęcią oderwania przeróżnej maści pasjonatów od przerabiania przez wszystkie przypadki ostatniego arcydzieła naszej rodzimej kinematografii pod - wiele mówiącym o mentalności samego jego twórcy - tytułem „Kler”, skłoniła mnie odbyta jakiś czas temu wymiana zdań na innym blogerskim portalu z niejakim towarzyszem Roninem (mam nadzieję, że nie obruszy się na „towarzysza”, gdyż określając go tym mianem, miałem na myśli wyłącznie łączące nas poniekąd – jak wynika z pobieżnie przeprowadzonego wywiadu – braterstwo broni) pod jego autorstwa notką dotycząca poradzieckich akcentów we współczesnych rosyjskich kreskówkach na przykładzie bajki „Masza i niedźwiedź”. Pozwolę sobie zatem na przytoczenie kilku własnych kwestii, pomijając odpowiedzi ze strony szanownego interlokutora, ze względu na brak posiadania do nich praw autorskich, a także zbliżające się wielkimi krokami wdrożenie kolejnej dyrektywy chunijnej, występującej w popularnym obiegu jako ACTA 3:)



„Etap entuzjastycznego podejścia do tejże kreskówki wyrażany ze strony mojej szanownej progenitury mam już wprawdzie za sobą (choć nie wykluczałbym tutaj do końca jakowejś formy renesansu), niemniej jednak uważam, że bije ona na głowę ten cały "zachodnioświatowy" chłam reprezentujący ową branżę.
………………………
Co zaś do propagowania symboli, ideologii itp. - wychodzę z założenia, że żadne z nich nie powinny być zakazane. Albo mamy wolność słowa, albo jej nie mamy. Jeśli okazuje się, że jest ona "niepełna", to oznacza jedynie, że teraz można już ów ersatz zacząć sukcesywnie zaganiać do kąta. Czyli rozszerzać definicję "znaków i symboli zakazanych" na coraz to nowe obszary, co zresztą aktualnie się dzieje i nie mam tutaj na myśli jedynie różnej maści celtyków i falang. Niejako oficjalne przywracanie cenzury po 89 roku zaczęło się od wymuszonego przez wiadome środowiska paragrafu ustawy o IPN wprowadzającego do naszego prawodawstwa pojęcie tzw. "kłamstwa oświęcimskiego". Dokonana na początku tego roku próba podjęcia działań mających w zamyśle przywrócić jako taką równowagę zakończyła się widowiskową porażką. W tej sytuacji usiłujemy sobie to zdaje się teraz w jakiś sposób odbijać w innych obszarach, zrównując symbole komunizmu i nazizmu, czego póki co efekty prezentują się dość marnie. Nadal to co dobre bądź neutralne dla sekty oświęcimskiej funkcjonuje sobie swobodnie w przestrzeni publicznej, natomiast wszystko to, co im się brzydko kojarzy, natychmiast jest okrzyknięte jako zbrodnia przeciwko ludzkości, zupełnie tak, jakbyśmy realizowali nie polską, ale zupełnie inną rację stanu. I to co udało się zauważyć w poszczególnych odcinkach tejże bajki, jest tego znakomitym przykładem.

Moim skromnym zdaniem kacapia ma prawo sobie hołubić swoich krasnoarmiejców, co rzecz jasna nie oznacza, że telewizja publiczna winna pozostawać ślepa na jedno oko. Ale przypadków przepuszczania treści jawnie antypolskich i promowania kodomickich dziwolągów w mediach publicznych można by znaleźć bez liku i tego akurat nie oceniałbym jako najbardziej bolesnego, choć być może za jego szczególnie dotkliwą cechę można poczytać to, do jakiego targetu jest kierowany. Tym bardziej należałoby docenić rodzicielską czujność, skutkującą domowym Libanem (na liście dostępnych misji zagranicznych nie stanowił on zresztą najgorszej destynacji;)
……………………………..
Osobną kwestią jest poziom wytworów tamtejszej kinematografii (i nie mam tu już bynajmniej na myśli animacji), w moim skromnym odczuciu - z przyczyn mi zresztą bliżej nieznanych - całkowicie nieosiągalny dla nas. To widać zarówno w ich filmach historycznych, jak i na zwykłych videoklipach - jest to przepaść. Oni po prostu wiedzą jak to się robi - być może po prostu mając lepsze koligacyjne linki z hollywoodzką fabryką snów (co akurat mogłoby również wiele tłumaczyć) - nie wiem, w każdym razie zostajemy co najmniej kilka długości za nimi.”

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura