9 obserwujących
32 notki
14k odsłon
  828   0

Łysiak, czyli o zmarnowanym talencie

Dziś będzie z innej, zupełnie nie związanej ze stosunkami międzynarodowymi beczki. Ostatni weekend poświęciłem mianowicie na lekturę „Empirowego pasjansa” autorstwa Waldemara Łysiaka. Pierwsze wydanie tej książki znalazłem niedawno w mokotowskim antykwariacie. Kosztowało mnie ono 30 złotych i jestem zdania, że był to jeden z bardziej udanych zakupów w moim życiu. Łysiak opisuje na 380 stronach szesnaście postaci historycznych żyjących w erze napoleońskiej, wybranych przy tym według dość oryginalnego klucza. Czyta się to doprawdy świetnie i jestem przekonany, że „Empirowy pasjans” mógłby wciągnąć nawet osoby w minimalnym stopniu zainteresowane historią.

Od razu zaznaczę - nie jest to dla mnie żadne „objawienie”. Fanem „napoleońskiej” twórczości Łysiaka jestem bowiem od dawna, chyba od momentu, gdy po raz pierwszy przeczytałem „Cesarski Poker”. Do tej książki, podobnie jak do „Szuańskiej Ballady”, „Napoleoniady”, czy „Kolebki” wracałem później wiele razy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż sporo historyków kwestionuje merytoryczną zawartość książek Łysiaka. Nie jestem fachowcem od tej epoki, więc nie mogę obiektywnie oceniać słuszności tej krytyki. Myślę jednak, że duży wpływ na ową negatywną opinię o Łysiaku może wywierać fakt, iż dla większości polskich historyków oburzająca jest sama myśl o tym, że o minionych dziejach można pisać w sposób obrazowy i przyjazny dla czytelnika, a w dodatku (o zgrozo!) bez przypisów przy co drugim zdaniu. Cóż, dziwnym trafem najpoczytniejsze książki o polskiej historii piszą później cudzoziemcy.

Nawet jeśli przyjmiemy założenie, że książek Łysiaka nie można traktować jako źródła wiedzy historycznej, to nadal pozostają one jednak (przynajmniej skromnym zdaniem niżej podpisanego) znakomitymi utworami literackimi. Niewątpliwa erudycja, literacki talent oraz lekki i dowcipny język Łysiaka zauroczyły mnie na całe lata. Nie mówię tu zresztą wyłącznie o utworach „napoleońskich”. Równie mocno wciągnęły mnie bowiem chociażby „Wyspy bezludne”, czy „Milczące psy”. Zgoda, może nie są to dzieła na miarę Nobla itp., ale czy przypadkiem literatura nie powinna w pierwszym rzędzie dawać właśnie radości z czytania?

I teoretycznie mógłbym w tym miejscu zakończyć mój panegiryk. Uważny czytelnik zwróci jednak uwagę, iż wszystkie książki Łysiaka nad którymi tak się rozpływam powstały w latach 70. i 80. Natomiast od 1989 r. nie można w przypadku Łysiaka mówić nawet o regresie – to raczej spadanie na łeb i szyję... Gdy przeczytałem „Stulecie kłamców”, czy „Rzeczpospolita kłamców - Salon” miałem wrażenie, że napisał ją zupełnie inny autor, niż Łysiak, którego znałem. I nie chodzi mi nawet o jego poglądy. Po prostu zniknęła erudycja, zniknął polot, zniknął lekki i dowcipny język – pozostały natomiast bluzg, przekaz prosty jak konstrukcja cepa i najczystsza furia.

Doprawdy, nie wiem z czego może to wynikać. Kiedyś przeczytałem trafne zadanie: „polityka i literatura rzadko idą ze sobą w parze, literatura i propaganda - nigdy”. W przypadku Łysiaka to jednak chyba coś o wiele więcej. Nawet o polityce można bowiem pisać z polotem., podczas gdy Łysiaka ogarnął najwyraźniej jakiś amok. Wielka szkoda, że tak kończy pisarz o naprawdę dużym talencie. Mam tylko nadzieję, że jego los wezmą sobie do serca też inni artyści i publicyści, których emocje zaczynają ostatnimi czasy mocno ponosić – ze szkodą dla warsztatu i czytelników. Łatwo się przecież domyślić, że z naszej świętej wojny dla ubogich nic wartościowego się nie urodzi. W każdym razie na pewno nie dzieło literackie.


P.S. Aby nie było najmniejszych wątpliwości zaznaczam, że ww. tekst przedstawia całkowicie subiektywne (jak to przy czytaniu książek) odczucia autora - który bynajmniej nie rości sobie ambicji do zgrywania krytyka literackiego.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale