Na wstępie bardzo chciałbym podziękować szanownemu Panu Krzysztofowi Ligęzie, za zadanie pewnego pytania. Bez tego nie zaistniała by ta notka. Pod wpływem oddziaływań filozoficznych (religijnych), znaczna część społeczeństwa ewidentnie nie wie i nie chce wiedzieć, jaka jest definicja na człowieczeństwo (przymiotnik). Za to usilnie stara się nie zmieniać nabytej dogmatycznie "wiedzy", od kiedy - do kiedy istnieje człowiek. Co prawda łatwiej już jest teraz, w czasach nowożytnych, przełknąć pigułkę z wiedzą, [pod wpływem empiryzmu (?)], kiedy jest koniec osobniczego człowieka, to jeszcze trudno jest nauczyć się kiedy jest jego początek. Wielu - trudno, ale na szczęście nie wszystkim.
Powyższe zdanie nie dotyczy ludzi, którzy wierzą w zmartwychwstanie, w jakiejkolwiek postaci/(znaczeniu), nawet jeśli miały to być jakieś "zombie", czy też dusze chasające po zielonych łąkach, czy tym podobne WIERZENIA. A to dlatego to powyższe zdanie nie dotyczy takich ludzi, ponieważ wiara jest dla nich (tych ludzi) ważniejsza od nabywanej wiedzy, nawet jeżeli ta wiedza ewoluuje, a może przede wszystkim właśnie DLATEGO ŻE EWOLUUJE! (SIC!) A dla osób o wytartym, schematycznym myśleniu, przekroczenie takiego rubikonu jest awykonalne. Ma to też częściowe swoje uzasadnienie, jakim jest prozaiczny lęk.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Teraz chciałbym się skupić, kiedy jest naturalny, osobniczy koniec człowieka. Proszę bardzo...
http://www.mz.gov.pl/wwwfiles/ma_struktura/docs/zal_kisuczm_17072007.pdf
Z tej całej wypowiedzi najbardziej interesującym na potrzeby tej notki, jest ten fragment:
"Wieloletnia praktyka medyczna jednoznacznie wykazała, że w wybranych przypadkach odstąpienie od koncepcji śmierci człowieka jako całości na rzecz śmierci mózgu człowieka jako całości jest uzasadniona z naukowego i praktycznego punktu widzenia."
Czyli jednak mózg jest tym DECYDUJĄCYM fragmentem człowieka. Od którego możemy przyjąć koniec osobniczego życia.
Zasadnicze pytanie brzmi: Czy to właśnie praca mózgu, nawet w szczątkowej początkowo formie, nie powinna decydować, o tym, kiedy jest początek osobniczego istnienia CZŁOWIEKA.
Zastanawiającym jest fakt że polskie pojmowanie definicji słowa :"Śmierć" nie różni się od takiego samego pojmowania w innych krajach (EU).
(w sensie prawnym, moralność nie jest tu jednoznaczna, albo nie ma nic merytorycznego do powiedzenia)
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
Powtórzę zasadnicze pytanie :Czy to właśnie praca mózgu, nawet w szczątkowej (początkowo) formie, nie powinna decydować, o tym, kiedy jest początek osobniczego istnienia CZŁOWIEKA? Skoro mamy już definicję (analogicznie) na jego śmierć.
Jeżeli z tym probleme się uporamy, to poradzimy sobie i z innymi dylematami,(w tym z prawnymi i z moralnymi), bo wielu z nas ma z tym problem, wynikły z powodu własnej ignorancji - tu w znaczeniu nie obraźliwym.
Tą notkę, od początku - do końca, napisałem ŚMIERTELNIE poważnie, postaram się nie kpić nawet w komentarzach.
Proszę o odróżnianie pojęć: wiedza, wiara, empiryzm, dogmat. Dziękuję.
PS
Pan Krzysztof Ligęza, jest akt zgonu, na którym wypisana jest data. Jest akt urodzenia, na którym wypisana jest data. Zasatanawiam się, czy i kiedy będą w Polsce wydawane akty poczęcia? I jeżeli będą takie akty, jak będzie ustalana data takiego poczęcia?
Na koniec cytacik, także na poważnie: " Głownym przeciwnikiem legalizacji aborcji jest w Europie Kościół Rzymsko-Katolicki. Niektózy stwierdzą, ze od "zawsze" stał on na straży płodów. Nic bardziej mylnego, do roku 1936 Kościół się aborcji nie sprzeciwiał, nie uważał płodów w żadnym okresie życia płodowego za ludzi, nie zezwalał na ludzki pochówek dla płodów poronionych. Stanowisko zmienił dopiero, gdy sprawą zaczęła zajmować sie nauka, na stanowisko z naukowym sprzeczne, oczywiście. Czy ktoś wie, skąd się taka przekora w Kościele bierze?"



Komentarze
Pokaż komentarze (15)