Nie, nie chodzi o zawód pedagogiczny.
Posiadanie klasy wiąże się także z pewnego rodzaju godnością osobistą. Nie chodzi tu (tylko) o zwykły szacunek dla samego siebie, ale też m. in. o poczucie smaku i obyciu "kulturowym".
Dla pełniejszego obrazu - powinienem dodać że samo posiadanie "kindersztuby" jest TYLKO woalką wokoło tego czegoś, co jest definiowane jako "klasa sama w sobie"
Tak zaczynając od polityków - wiadomo że Wałęsa nie miał i nie ma tzw. "klasy" cenię sobie to że jest naturalny, ale... Troszkę irytujące jest to, że Jaruzelski prawie zahacza o tę/tą "kategorię"
Patrząc na "ruskich" polityków, wiadomo że alkoholik Jelcyn - NIE. A Gorbaczow bardziej na tak.
Zabawnym jest fakt, że od min. 25 lat USA nie miało ani jednego prezydenta ze "wskazaniem" na posiadanie klasy. Bush senior - też nie.
Tak wracając do Europy: Jacques Chirac - bufon | Silvio Berlusconi - pajacyk | Richard von Weizsäcker - ma/miał klasę | Vaclav Havel - prawie ma | Vaclav Klaus - już nie | Margaret Thatcher to prawdziwa dama, z zachowania - oczywiście :) = chyba wystarczy tych wymian (obcych polityków)
Tak na rodzimym podwórku, a może nawet bardziej osobiście... Miałem dwóch wujków (do porównania), jeden wychował się jeszcze (częściowo) przed wojną w uniwersyteckim mieście, drugi był pochodzenia "pastewnego"- czyli gburskiego. Pierwszy został doktorem matematyki pewnego uniwersytetu w Polsce jeszcze w latach 70-tych, drugi został profesorem chemii (nadzwyczajnym) pewnej politechniki , z pierwszym mam pewne powiązania międzypokoleniowe, drugi zaś "przyssał się" do mojej cioci i tak pozostał do swojej śmierci, zmarło mu się, mimo że młodszy był od pierwszego. Obu obserwowałem od dzieciństwa/wczesnej młodości. Pierwszy miał/ma klasę... taką wyciszoną, nigdy nie starał się z czymkolwiek, gdziekolwiek przebijać "na siłę" i było mu z tym dobrze. Drugi (chemik) był mocnym "dominantem", jego "ja" było zdecydowane i dość głośne i gdzieś tam w tle czuć było słomę i "nowo-dekadencki" powiew prowincji, która myślała że ambicjonalne podejście do nauki i posiadanie rzetelnej wiedzy w swojej dyscyplinie wystarcza aby wejść "na salony" (w jego mniemaniu). Mimo że w swojej karierze zaszedł znacznie dalej, bo pracował jako naukowiec nie tylko w Europie "zachodniej", ale także i w USA, TO... gdzieś tam, w głębi siebie nie można było się do niego przekonać (był autorytetem tylko w dziedzinie chemii organicznej, resztę jego "wywodów" można było spuścić kanalizacyjnie), w odróżnieniu od "matematyka", który w swoim zawodzie wyjechał tylko raz za granicę i tylko do państwa "socjalistycznego". Ale miał w sobie ten smak, tą klasę, te poczucie godności, aby n/p nie kłamać, nie przekazywać "prawdy" ze swoją interpretacją, bo można być posądzonym o manipulację, do której każdy zdrowo=myślący człowiek (na pewnym poziomie) powinien odczuwać odrazę. Politycy - którzy mają wyżej wym. klasę to olbrzymia rzadkość, to "perły przed wieprzami".
Zawsze twierdziłem że całkowite pochodzenie plebejskie (!) wyklucza posiadanie klasy, chociażby nie wiadomo jak człowiek by się nie starał.
Ale jest pewien minimalny plus, jeśli chodzi o ludzi którzy mocno się wybili EX LUTO, oni to SWOIM dominującym trybem, często z(a)garniają ze sobą motłoch, który potrzebuje pasterza, a nie ma uprawnień do samodzielnego myślenia, tacy ludzie dobrze czują się w stadzie.
Uważam że na S24 blogerzy Z klasą to :"Rozum" i "Piękne Myśli" ... jeszcze wielu innych (min. kilkoro/kilku :)
Zaś n/p bloger "EINE" już nie, mimo (?) że jest naukowcem, ale czuć od niego plebejskie pochodzenie,( z bardzo daleka) i tą wymuszoną "intelektualność", która musi coś udowadniać. (Chwaląc się zasobem bibliotecznym ?)
Jest taka sentencja (tym razem po polsku): "Strzeż się ludzi, którzy do wszystkiego doszli ciężką pracą".
Nie traktuję tej notki jako osobistej wycieczki, tylko jak jakiś przykład.
Pewnien profesor nadzwyczajny, co zginął na miażdżycę glinowo-torfową był obiektem drwin, mimo że był wykładowcą i jakiejś tam "klasy" dydaktykiem. Zawsze miał "gębę pełną frazesów" i to śię wyczuwało, że jest człowiekiem bez własnych przemyśleń.
Z kręgów "duchownych" zawsze z przyjemnością słuchało mi się prof. Tischnera, a nie jakegoś T.W. Życińskiego. Bardziej profesora K. Karskiego, niż jakiegoś doktoranta T. Terlikowskiego. To ost. to info dla trolli.
Bywajcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (34)