42 obserwujących
214 notek
245k odsłon
  1372   0

"Nóż" (1)

 

Wielu wzruszało ramionami nie mogąc pojąć, dlaczego Klara nie tylko nie należała do entuzjastów rewolucji, ale od samego jej zarania nienawidziła jej wprost żywiołowo. Czyż nie przeszła najgorszych cierpień i nie była najbardziej pokrzywdzona przy starym reżymie? Czyż, co tu ukrywać, nie postarzała się wskutek tych przeżyć przedwcześnie, nie osiwiała, nie nabrała skłonności do garbienia, nie zbrzydła? Przecież na pewno nie chodziło jej o tę garbarnię w Wilnie i dwa domy, które wkrótce znalazły się poza zasięgiem władzy bolszewickiej i nic im nie groziło. Skądże więc ta głęboka, wewnętrzna nienawiść? Nienawiść właśnie nie materialna, ale psychiczna.

Klara nie potrafiłaby wytłumaczyć tego słowami, gdyż brakło ich jej do wytłumaczenia, dla zdefiniowania pewnych stanów i bardziej skomplikowanych pojęć. Naturalnie łatwo było powiedzieć, że wskutek przejść osobistych nie znosiła tłumu, tworzonego przezeń wrzasku, plotki, famy, sloganów. Że nabrała odrazy do kolektywu ludzkiego. Ale to jeszcze nie tłumaczyło wszystkiego, gdyż poza tym czysto negatywnym stosunkiem do pewnych objawów życia wyrobiło się w niej istotne wyczucie samotności losu ludzkiego. Wyczucie bardziej wyostrzone aniżeli wśród tych wszystkich, którym świadomość ta jest również, bo po ludzku, właściwa, ale mniej wyostrzona. I w rewolucji bolszewickiej bardziej wyczuwała niż była w stanie zrozumieć zamach na treść jej osobistego życia.

Bo czymże jest prawdziwe życie, jak nie samotnością o życiu? Rośnięcie i myśl mu towarzysząca? Każde doznanie człowieka jest jedyne i niepowtarzalne. Im bardziej człowiek przestaje być samotny, tym bardziej oddala się od rzeczywistości, im bardziej identyfikuje się z innymi, tym bardziej oddala się od prawdy. Klara nie potrafiłaby użyć tych słów, jakie przeczytała wiele lat później. Lenin wiedział, kto jest jego największym wrogiem wymyślając swoją prawdę kolektywną, masową, mającą zastąpić prawdę prawdziwą. Stąd jego nienawiść do Boga i do mieszczaństwa. Gdyż miłość człowieka do Boga, miłość kobiety do mężczyzny, miłość własnych dzieci, nawet prozaicznego ogniska domowego, staje się już przez to samo kontrrewolucyjna. Bo jest własna. On chciał zastąpić ją miłością do fabryki. Jakże jednak dokonać takiego cudu, skoro każdy robotnik zawsze i wszędzie bardziej się przejmie i zasmuci śmiercią żony, chorobą dziecka, niżli pożarem fabryki? Choćby po stokroć bał się do tego przyznać i zachował w utajonej myśli. Więc wyrwać mu ten smutek z serca i gardła, a zastąpić radością budowy fabryki, wyrwać mu jego myśli i wdeptać je obcasem buta w śnieg, w błoto przed zgromadzeniem masowego mityngu. Przeklętą kontrrewolucyjną myśl, bo tylko wtedy rewolucja zwycięży. Nie przez zatknięcie li tylko czerwonych sztandarów, ale w swej istocie – gdy się zmusi człowieka do wypowiedzenia myśli, które normalnie zataja nawet przed własnymi najbliższymi. Ale to się udać nie może nigdy. Mogą się udać i przemoc i trafnie dobrane slogany, można zmusić człowieka, żeby podzielił swe mienie. Nie można go zmusić, żeby podzielił samego siebie. W ten sposób po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej powstała największa w dziejach ludzkości rozpiętość pomiędzy myślą i słowem. Pomiędzy słowem i pragnieniem.

Józef Mackiewicz „Sprawa pułkownika Miasojedowa”.

„Nóż w wodzie” zbierał laury i oklaski z paroma niewartymi uwagi wyjątkami chyba wszędzie, gdzie go pokazywano.  Ktoś mógłby wyciągnąć na tej podstawie niedorzeczny wniosek, że Polańskiemu przyświecała myśl o widzu masowym. Było dokładnie na odwrót. Kronika niedzielnych wydarzeń na pojezierzu mazurskim miała być i była elitarna.

Przede wszystkim z tego powodu na reżysera posypały się gromy. Premiera odbyła się w atmosferze zgorszenia i skandalu. „Nóż” był za trudny dla widowni w gumiakach, ale jeszcze bardziej rozdrażnił jej suflerów z centralnych organów prasowych. Na którymś z historycznych posiedzeń w sali z kinkietami ktoś uznał, że nadszedł odpowiedni moment na właściwe hasło. Wyczytał z oblicza łysego satrapy, że pora odtrąbić powrót nowego.

Ruszyło polowanie na czarownice w stylu minionej, ale wciąż obowiązującej religii. Ewangelia według św. Żdanowa wracała na falach oburzenia.  Na spienionych grzywach uwijali się zapomniani surferzy, nie tak dawno strącani w otchłanie samokrytyki obrońcy proletariackiej prawdy o świecie. 

Polański padł ofiarą sfrustrowanych szeregów. Dostało mu się za przewinienia, które parę lat wcześniej groziły najsroższymi konsekwencjami. Zarzucano mu drobnomieszczańskie skrzywienie, snobizm, zgniliznę, moralną dekadencję, imperializm, neokolonializm i… udziwnienia tępione ze szczególnym zapałem przez wczorajszych budowniczych lepszego jutra.

Lubię to! Skomentuj101 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale