42 obserwujących
214 notek
245k odsłon
  1584   0

Żadan

  Pisarz ukraiński Serhij Żadan prowadzony przez milicjantów po publicznym skatowaniu w Charkowie

źródło Facebook.

Dokładnie rok temu dokonałem odkrycia, którego nie wstydzę się nazwać objawieniem. Przypadkiem zacząłem słuchać w II programie Polskiego Radia fragmentów prozy nieznanego mi wcześniej młodego pisarza Serhija Żadana.

Z początku nie mogłem w to uwierzyć. Ukraińskiemu autorowi udało się stworzyć język, który w takim samym stopniu nadawał się do opisów sennych majaczeń i delirium narkomana, co zdarzeń jak najbardziej realnych, mimo że prawie niemożliwych do opisania. Tym językiem Żadan dał swoje świadectwo o niekończącym się trzęsieniu ziemi, które poturbowało jego samego i rówieśników, ich dusze i walące się do ziemi pomniki  kłamstw w bezkresnym stepie. W Polsce komunizm także się wypalił, sczezł i  wstrząsany upadł, ale do tej pory polska literatura nie może pochwalić się (może z wyjątkiem Masłowskiej) porównywalnym świadectwem. Nikt nie zdobył się na odwagę zmierzenia się z fenomenem agonii świata na raty, tak jak to zrobił autor "Woroszyłowgradu".

Serhij Żadan napisał więcej książek i wygląda na to, że wszystkie doczekały się tłumaczeń na obce języki. On sam też jest autorem przekładów literackich z polskiego, rosyjskiego i niemieckiego.

Trzy dni temu w sobotę "szykanowani przez Ukraińców patrioci od Putina" skatowali go publicznie na specjalnie wybudowanym podeście (miejscu straceń?) w centrum Charkowa. Powalili go na kolana razem z grupą piętnastu demonstrantów. Motłoch bił brawo, a pisarza bito po głowie drewnianymi drągami do utraty przytomności.

Fragment powieści Żadana "Woroszyłowgrad"

 (...) stąpaliśmy ostrożnie usiłując ją dojrzeć. Od czasu do czasu pokrzykiwaliśmy do siebie i patrzyliśmy w niebo, po którym przesuwały się coraz to nowe chmury. Nagle zaczęło mi to coś przypominać. Ci mężczyźni, którzy ostrożnie brną po pas w trawie rozganiając rękami wysokie źdźbła, uważnie wpatrując się w sploty pędów, przysłuchując się głosom dobiegającym z haszczy, płosząc wystraszone ptaki, powoli przecinając bezkresne pole...

Kiedyś to widziałem. Te napięte plecy postaci, które zamierają w mroku, białe koszule, które świecą w ciemności. Kiedy to było? Chyba w dziewięćdziesiątym. Taaak... to było lato 1990 roku. Zwycięstwo z Woroszyłowgradem. Gol Traumanowego w ostatnich minutach, chyba najlepszy jego mecz. Restauracja "Ukraina" koło parku na przeciwko straży pożarnej, jakieś wieczorne świętowanie zwycięstwa, bandyci i nasi gracze, jakieś kobiety w odświętnych sukienkach, mężczyźni w białych koszulach i w dresach, kelnerzy, spółdzielcy... My młodzi siedzimy przy jednym stole z gangsterami, gorąca fala alkoholu przelewa się przez głowe. To tak jakby wbiec w nocne morze, przykrywa cię czarnosłodkogorzka fala i na brzeg wybiegasz już doroślejszy. Skrzynki z wódką, bezkresny stół, przy którym zmieści się każdy, kogo znasz, głośna, parszywa muzyka, za oknami wilgotne ciemności, mokre od deszczu drzewa, głosy, ktore zlewają się ze sobą i przypominają deszcz, jakieś rozmowy kobiet i mężczyzn, poczucie otchłani, która zaczyna się tuż obok, skąd wieją gorące, nieznośne przeciągi, które zapierają dech i rozszerzają źrenice, podskórne przeczucie tych niewidocznych żył, przez które płynie krew tego świata. I nagle pośród tego całego złotego migotania wybucha szkło i powietrze rozsypuje się na miliony kryształowych odłamków. Ktoś z Woroszyłowgradu wyśledził naszą imprezę i wrzucił cegłówkę przez okno restauracji, które od razu się rozsypało i niebieska noc wtargnęła do sali trzeźwiąc głowy i studząc krew.

I nagle po krótkim milczeniu ogólne poruszenie, wściekłość w głosach, odwaga, która budziła się w każdym, gwarne wyskakiwanie przez drzwi i rozbite okno, stukot butów na mokrym asfalcie, białe koszule, które skaczą w bzową noc i świecą w niej, przy oknie postaci kobiet z napięciem wpatrujących się w ciemność (...)

 

 

 

 

 

 

Lubię to! Skomentuj33 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale