Takie sobie gadanie
Powinniśmy być tak dobrzy, jak to tylko możliwe. Ale nie bardziej. Zerżnięte z Einsteina (trochę zmieniłem)
7 obserwujących
91 notek
17k odsłon
  68   0

Uczeni w polityce i politycy w nauce.

Posiadanie dyplomu, szczególnie zaświadczającego o stopniu lub tytule naukowym bywa wykorzystywane nie tylko do tego by błyszczeć u cioci na imieninach, ale również jako "podpórka" w robieniu politycznej kariery. Nie znalazłem żadnego opracowania tego ważnego przecież tematu. Wiadomo, ze dawniej prawdą było zarówno stwierdzenie, ze (polityczny) stołek pomaga w karierze naukowej jak i że stopień/tytuł naukowy pomaga w polityce. W poniższym tekście zastanawiam się jak wygląda to dziś i proponuję pewne rozwiązanie, które może niektóre sprawy wyjaśnić. A jakby się znalazł jakiś samobójca, to może i naprawić.

Przeczytałem przed chwilą, że jakaś pani ma kiepski doktorat. Zaraz potem była zawoalowana sugestia, iż obroniła go ze względów politycznych.  Podano również temat rozprawy. Ja nie mam o tym pojęcia. Nie znam tej pani, a jej doktorat niewiele mnie obchodzi. Bo nikt nie sugerował, ze został on wykorzystany do sięgania po publiczna forsę. Gdyby tak było, sytuacja byłaby inna, bo ocierałoby się to o przekręt. Taka jest właśnie sytuacja w nauce i szkol(d?)nictwie wyższym. Ja od wielu lat ten właśnie problem podnoszę. Chodzi i to, by każdy posiadacz stopnia czy tytułu naukowego napisał jasno co mianowicie w nauce zrobił. Co odkrył, udowodnił, wykazał czy choćby nawet sensownie zasugerował dobrze uzasadnioną hipotezą. Nie co i gdzie opublikował, bo :

(1) mało komu będzie się to chciało sprawdzać,

(2) wiele publikacji "załatwia się" przez np. dopisywanie

(3) istnieją już - szczególnie w dziedzinach "humanistycznych" pisma, które za stosowna opłata (płaci zwykle zatrudniająca autora instytucja) opublikują w zasadzie wszystko.

Nie jest też miarodajną oceną sprawdzanie grantów czy rozmaitych indeksów, bo ze względu na skomplikowaną konstrukcje tych ocen jest to czasochłonne i w zasadzie nie daje porównywalnych wyników. Bywa, ze pytanie o to czy lepszym naukowcem jest X czy Y jest równie mądre jak pytanie dziecka czy bardziej kocha tatę czy mamę. Tu nie ma ocen pozwalających wyniki naukowe ustawiać w kolejkę podobna do tych, w których staliśmy kiedyś po papier toaletowy. Da się, oczywiście, wyróżnić osiągnięcia wybitne i nikt rozsądny nie powie, ze teoria względności jest "gorsza" od teorii opisującej inny sposób zapisywania np. ruchu po okręgu. No i na szczęście często można sprawdzić, że konkretna praca niczego nowego nie wnosi. Wystarczy pokazać, gdzie te wyniki można znaleźć. I taki sens miałby wspomniany wyżej "remanent" naszych uczonych. Odzew na moja propozycje był zerowy. Może dlatego, ze wprowadzenie jej w życie generowałoby przeróżne konflikty, kłopoty i naruszało ustalona w nauce siec powiązań i interesy Bogu ducha winnych ludzi (np. dobrych naukowców wypromowanych przez rozmaitych naukowych oszustów. Nie wiadomo jak się w takiej sytuacji zachować.). W polityce "remanent" taki wad tych nie ma. Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś, że "Do polityki nie idzie się dla pieniędzy". Ten "remanent" dopisałby do tych słów jeszcze zakończenie " .. ani dla stopni lub tytułów naukowych". Myślę, że nie byłoby to złe. No i w naszej smutnej rzeczywistości miałoby ten jeszcze walor, ze pośmialibyśmy się trochę z opinii naszych polityków o swoich naukowych osiągnięciach.

Dawno temu, chyba w 1992 roku była propozycja by ocenić ponownie (zweryfikować") stopnie i tytuły naukowe uzyskane w uczelniach partyjnych. Było ich w demoludach sporo. U nas były w zasadzie dwie : Wyższa Szkoła Nauk Społecznych przy KC PZPR oraz jej młodsza siostra na Śląsku, która zakładał chyba E. Gierek. Propozycja upadła, a posiadający stopnie i tytuły naukowe uzyskane w tych szkołach ludzie poprzebierali się za speców od rozmaitych nauk ekonomicznych i organizacyjnych i zarabiali krocie na wielu etatach  w uczelniach. I prywatnych i państwowych. Bo do uruchomienia dochodowych kierunków studiów wymagane było zatrudnienie stosownej liczby "uczonych". Wsio ryba jakiej proweniencji. Znam przypadki, gdzie uczony taki przestawał płacić składkę ZUS np. w marcu. Standardem była praca na kilka etatów (rekordzista miał ich podobno 17) i prowadzenie zupełnie obłędnej (np 200-tu; w jednej uczelni ile w ogóle nie wiem) liczby prac dyplomowych. Wszyscy się cieszyli, uczeni zarabiali,  rósł stopień scholaryzacji i tylko liczba zrobionych w bolo naiwniaków przekraczała wszelkie normy złajdaczenia.

Nie wiem jak dokładnie wygląda sytuacja w polityce, ale sadząc po wpisach w S24 sytuacja się powtarza. Może by to sprawdzić? Może na początek zażądać, np. jakimś postanowienie (ustawa?) Sejmu, że każdy aktywny polityk (członek partii politycznej, członek rządu, pracownik szefostwa spółki Skarbu Państwa, parlamentarzysta, itp.) ma obowiązek w ciągu np.  miesiąca udostępnić np. Sejmowi prace, za która swój stopień/tytuł uzyskał, a Sejm w ciągu miesiąca opublikuje to wszystko gdzieś na swoich stronach.





Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale