Wschodnie wybrzeże USA odkopuje się po wielkiej burzy śnieżnej:
The blizzard was the second-biggest snowstorm in New York City history, with 26.8 inches (68 cm) of snow in Central Park by midnight on Saturday, just shy of the record 26.9 inches set in 2006, the National Weather Service said.
Była to druga co do wielkości burza śnieżna w historii Nowego Jorku […] tylko trochę mniejsza od rekordowej w 2006 …
No, my Wielki Wódz swoje lata mamy i wiemy, że co roku, od czasów kiedy pierwsi osadnicy przybyli do Jamestown w Wirginii (lub wcześniej), pólnocno-wschodnie wybrzeże doświadcza w zimie przynajmniej jednej wielkiej burzy śnieżnej. Czasem więcej – ale jedna jest zawsze. Życie zatrzymuje się, przez dzień-dwa nikt nie wychodzi z domów, potem przestaje sypać, ludzie się przez dzień-dwa odkopują – i wszystko wraca do normy – a my Apacze sobie to oglądamy w naszym rezerwacie w Arizonie w telewizji jak blade twarze sie męczą.
Dlatego trochę nas nudza alarmistyczne doniesienia o tym, że na wschodzie była burza śnieżna. Była – i co z tego? Co roku jest. Rok temu była. Za rok też będzie.
Gdyby władze zamiast wydawać kasę na walkę z globalnym ociepleniem, którego nie ma – wydały ją na przygotowanie do zimy oraz nieuniknionej corocznej burzy śnieżnej – która jest i będzie, co jest pewne jak w banku – to by nie było potem gadania o tym, że po raz kolejny pogoda zaskoczyła drogowców. To było dobre w PRL ale Amerykę stać na więcej.
Inne tematy w dziale Polityka