Prezes Kaczyński nie ujawnia, czy zjawi się na spotkaniu z prezydentem Stanów Zjednoczonych w Pałacu Prezydenckim w Warszawie w najbliższą sobotę. Rozumiemy rozterki, bo po pierwsze Obama nie przyjeżdża tu dla niego, ani dla jego brata, po drugie - nie ma w planach uczestniczenia w manifestacji pod pałacem, a po trzecie i może najgorsze – szuka swoich europejskich korzeni. W Irlandii na ten przykład powiedział, że jest w iluś tam procentach (pięciu?) Irlandczykiem. Co by to było, gdyby w Polsce przyznał się do śląskiej krwi, np. w 10 %? Nie dość, że czarnoskóry, to jeszcze Ślązak. Dobrze, że prezydent USA nie był ostatnio w Izraelu, bo mogłoby się okazać, że na dodatek Żyd. Tego stargane nerwy Kaczyńskiego mogłyby nie wytrzymać, jak to przytrafiło się jednemu posłowi, co w podskokach opuszczał Sejm, a którego nazwiska przez szacunek dla siwych włosów wymieniać nie wypada. Zresztą ostatnio mu przeszło. Bezpieczniej więc udawać, że nic się nie dzieje, a Pałac, w tych dniach, omijać z daleka. To się nazywa polityka tradycyjno – narodowa!
Siema Panie Kochanku


Komentarze
Pokaż komentarze (2)