Większość fanów jazzu poproszonych o wymienienie dwóch największych obecnie indywidualności w jazzowej gitarze wymieni bez zająknięcia nazwiska:
Scofield i Metheny.
Subiektywnie na rzecz patrząc wyżej oceniam i bardziej lubię dokonania tego pierwszego, chociaż przyznaję, że jego ostanie albumy nie do końca przypadły mi do gustu.
Co gra John Scofield na płycie A Moments Peace ? Gra przede wszystkim klasycznie, bez zbędnych udziwnień, efektów, odjazdów.
A Moment Peace to płyta daleka od energetycznych dokonań Scofielda z wirtuozerskim trio: Medeski, Martin i Wood. Tak daleka, że aż momentami zamieniająca się w typową "pościelówkę". Skład: najbardziej standartowy kwartet z gitarą, czyli na dodatek fortepian, bass i perkusja. Skład znakomitych indywidualności. Goldings, Collej i Brian Blade.
Blade na perkusji prawie wyłącznie spokojnie i wolniutko, czego nie mogę odżałować.
Są i covery i kompozycje autorskie. Wszystkie w raczej spokojnej tonacji ( pisałem juz o tym? Więc muszę powtórzyć ).
Najbardziej poruszył mnie numer "Throw it Away" ( proszę sobie posłuchać kolejno tej wersji + wersji Agi Zaryan + wersji oryginalnej! Doskonały efekt!!! ).
Całość płyty zgrabnie i ładnie zagrana lecz zdecydowanie brakuje tu zęba, pazura i energii, choćby jednej zwariowanej improwizacji. Płyta nada się więc jako tło do romantycznej kolacji czy uspakajacz po cięzkim dniu, ale nie należy do tych, których się słucha z otwartą paszczą.
No ok, a co u Methenego?
Po ostanich wyczynach grania z komputerami i robotyczną orkiestrą zadziwił wszystkich i nagrał kameralną płytę, gdzie słuchać tylko gitary!
Na krążęk składa się 10 coverów, co jest znów zaskoczeniem dla fanów Pata.
Bardzo spodobał mi sie początek. Interpretacja utworu Paula Simona - The Sound of Silence jest wg. mnie świeża i powodująca u słuchacza zaciekawienie. Poprostu chwyta za serducho.
Co dalej? Bywa bardzo zaskakująco: jest flamenco, są znane melodie gdzieś pomiędzy rozbudowanymi improwizacjami.
Niezrozumiałym jest dla mnie np. cover AC Jobima bo gdzieś całkowicie wyparowała za pomocą Pata samba w tym utworze.
Podobnie jak u Scofielda: spokój, ładne, wyważone granie.
Podsumowująć mamy dwa albumy niegrzecznie pisząc starych jazzmenów, którzy albo już nie mają ochoty na energetyczny jazz, albo porostu tej energii już im brak.
Szczególnie w przypadku Scofielda mam nadzieję, że jest to tylko jego "moment spokoju" i jeszcze pokaże światu, ze nie jest jeszcze gitarowym dziadkiem, snującym tylko ładne melodie.
W przypadku Pata wolę, żeby szedł tą scieżką niż fascynował się komputerami i robotami.
Niemniej jednak oba albumy polacam jako smakowite jazz kąski, choćby na tą romantyczną kolację czy wieczorny relaks w burzową noc.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)