Są takie momenty, że nic do mnie nie dociera. Zacietrzewiam się, gubię, zostawiam za sobą opanowanie.
W takich chwilach potrzebuję wyjść. Fizycznie opuścić miejsce, w którym się zdenerwowałem.
Tak zrobiłem dziś - wyszedłem. Wsiadłem w busa. Jechałem i patrzyłem w okno, na zmieniający się krajobraz. Chyba nawet przysnąłem. I nagle okazało się, że właściwie zostałem sam.
Przeszła mi złość, lecz wciąż nie czułem się najlepiej, w pośpiechu, zdenerwowany tym, że dojazd zajmuje za długo. I wtedy usiadła obok mnie pani. Zaczęła mówić, monotonnie. Rozmawialiśmy o zwykłych sprawach, może nawet trochę narzekając.
Tak właśnie przemówił do mnie mój Bóg, Jakkolwiek Go Pojmuję. I nagle poczułem spokój.



Komentarze
Pokaż komentarze