Trwa to już równo tydzień. Ta moja emerytura, znaczy.
Pewne zmiany widzę. Pierwsza, że nie budzę się na budzik. Tylko co z tego, skoro i tak wstaję dokładnie o tej samej godzinie co wcześniej?
Druga, że nie wydaję na benzynę z tytułu jazdy do pracy. Tylko co z tego, skoro na koniec dnia okazuje się, że przejechałem tyle samo kilometrów po mieście?
Trzecia, że nie trzeba się denerwować słuchając o planach wyprowadzania firmy z kryzysu przez „najwyższe czynniki służbowe” i konfrontować tego z rzeczywistością. To jest rzeczywiście duży plus. Tyle tylko, że nie trzeba, a i tak to człowiek śledzi.
Czwarta i ostatnia zmiana, która niby miała nastąpić, to to że masz mieć więcej czasu. Psińco prawda. Na razie tego w ogóle nie odczuwam. Nawet wręcz przeciwnie, bo załatwiam, i będę jeszcze chyba długo załatwiał, pełno spraw, które wcześniej odkładałem na „po przejściu na zasłużoną emeryturę”.
Reszta rzeczy, w sumie, dokładnie tak samo jak wcześniej. I jak chodzi o obowiązki, i jak chodzi o przyjemności. Nawet gorzej, bo obiecałem żonie, że znacznie więcej niż dotąd pomogę w domu ze szczególnym uwzględnieniem kuchni i ona to, nie czekając aż odpocznę po, wieloletnim przecież, wysiłku, już egzekwuje. Nie mówiąc o tym, że kiedyś, i to publicznie, przy okazji jakiegoś rodzinnego obiadu, wyplułem z siebie, że jak tylko „zmienię stan cywilny”, to zacznę się uczyć hiszpańskiego. No i teraz cała familia czeka na efekty.
Zaczynam tęsknić za pracą…




Komentarze
Pokaż komentarze (7)