Zupełnie nie wiem jak zacząć. No bo jak nie zacznę, to i tak nie oddam tego, co mną targa.
To może tak. Znów czuje człek wielką dumę. Czuje, bo znów doczekaliśmy się, i to w najmniej spodziewanym momencie, tenisistki która wprawia w zdumienie cały tenisowy świat. I nieważne, czy ona z tą Kalinską w tym ćwierćfinale wygra czy nie (pewnie będzie trudniej niż z Francuzką, ale przecież podobne, albo nawet przewyższające klasą Rosjankę, też padały w tym turnieju w meczach z Mają jak muchy). To znaczy ważne, ale nie najważniejsze. Równie, a może nawet bardziej istotnym jest fakt, że to Polska dysponuje zawodniczką, która MYŚLI LEPIEJ NIŻ WSZYSTKIE POZOSTAŁE KONKURENTKI. Ona otwiera tenisowemu światu oczy na rozwój tej konkurencji w zupełnie innym, NIE SIŁOWYM, kierunku. Pokazuje, że siła razy gwałt, tak wszechobecne w dzisiejszym damskim tenisie, niekoniecznie muszą być górą. I że być może przyjdzie wreszcie czas, że Eurosportowi eksperci przestaną się zachwycać Sabalenką czy jej podobnymi tenisistkami reprezentującymi tenisowy, nazwijmy go łagodnie, prymitywizm który, chwilowo mam nadzieję, aktualnie w kobiecym tenisie króluje, a docenią w końcu inne, przede wszystkim techniczną, strony tego sportu.
Żeby tak się stało, to ta technika musi zacząć wygrywać z siłą.
Maja Chwalińska oprócz tego, że ujmuje swoimi walorami czysto sportowymi, to ujmuje też kilkoma innymi rzeczami. Ujmuje skromnością, ujmuje wdziękiem i ujmuje sporym dystansem do swoich niespodziewanych sukcesów w Paryżu. Jakże przyjemna to odmiana posłuchać jej pomeczowego wywiadu w porównaniu z tym, co się usłyszy w wywiadach z ogranymi w turniejach Wielkiego Szlema konkurentkami. To kolejna przewaga naszego „okruszka”.
Dzisiaj Maja zagrała jak profesor. Być może miała trochę łatwiej, bo akurat Parry nie jest graczką ze ścisłego topu. No ale od Mai i tak była do dziś w rankingu parędziesiąt pozycji wyżej. Natomiast wypadła przy Polce dokładnie tak samo jak wcześniejsze rywalki Chwalińskiej w RG, które do tej ścisłej czołówki albo należą, albo jeszcze bardzo niedawno należały. Czyli jak uczniak.
Najkrócej pisząc. Chwalińska rozbroiła Francuzkę jak doświadczony saper minę. WYGRAŁA, jak zwykle, przede wszystkim MĄDROŚCIĄ. Miała pomysł na grę, wiedziała kiedy przyspieszyć, jeszcze lepiej kiedy zwolnić, kiedy zagrać skrót, a kiedy lobować (nie mylić z lobbowaniem).
Powiem tak. Jestem zauroczony. Znów mi się chce oglądać damski tenis!
Ucz się Iga, bo chwilowo jest od kogo! Ze dwa razy, w tę i we wtę, oglądnij paryskie mecze kumpeli. Zobacz jak myśli. Nie przed czy po meczu, ale w trakcie! I spróbuj naśladować. Nie ma się czego wstydzić. Dobre wzorce nie są złe! Może się okaże, że taka lekcja przed telewizorem jest o wiele bardziej przydatna niż niewiele pomagające, jak widać, uwagi wieloosobowego sztabu? A nóż widelec.
PS
Skandalu, o którym pisałem w poprzedniej relacji z paryskiego turnieju, ciąg dalszy. Chwalińska znów nie wygrała żadnego seta do zera! Drugi raz z rzędu (nie mylić z rządem)!
Ja myślę, że po jej powrocie z Paryża, szefowie PZT, jeśli nie minister sportu albo nawet, być może, Jego Ekscelencja pan płemieł, powinni ją wziąć z tego tytułu na dywanik. Bo co to się, do cholery, wyprawia? To się musi zmienić!



Komentarze
Pokaż komentarze (35)