Miałem przygotowany, napisany już dziś przed południem, tekst na okoliczność wygrania przez Maję Chwalińską tego meczu. Miałem dodać tylko jeden akapit dotyczący stricte tego, co stałoby się w dzisiejszym spotkaniu. Niestety. Z wymienionych w obu tytułach powodów muszę go, ten tekst znaczy, schować do szuflady. Ale go nie wyrzucę. Wręcz przeciwnie. Zatrzymam. Może się przydać. Może nawet w nieodległym czasie. Ale część tego porannego tekstu i tak tu wykorzystam. Jedziemy.
Przed paryskim Szlemem niewielu było sobie w stanie coś takiego wyobrazić. Może nawet nikt. Tymczasem sto czternasta jeszcze dwa tygodnie temu zawodniczka światowego rankingu podniosła przed chwilą w górę paterę otrzymaną za dojście do finału Roland Garros! Dziewczyna, która żeby w ogóle wystąpić w tym turnieju, musiała grać tu w trzystopniowych kwalifikacjach! Czyli żeby zagrać w dzisiejszym finale, musiała wcześniej rozegrać, nie tak jak rywalki 6, ale aż 9 (słownie: DZIEWIĘĆ) bitych spotkań!
O wcześniejszych kłodach, jakie miała na swej drodze, będzie niżej. Teraz skupmy się na samym paryskim wyczynie naszej reprezentantki.
Najpierw Żeng. Mistrzyni olimpijska, przez całe poprzednie dwa lata, do czasu kontuzji znaczy, stały członek ścisłej czołówki i kto wie czy nie główny powód obniżki morale, a co za tym idzie formy w ogóle, Igi Świątek. Nie miała w meczu z Mają do powiedzenia nic. Poza tym, że po meczu mówiła, że zupełnie nie wiedziała jak grać.
Mertens. Od lat w światowej 30-tce, często nawet 20-tce. Wypadła tak samo jak Chinka. Bez szans. Jakichkolwiek. I też z bajglem w plecaku.
Sakkari. To był, jak się okazuje, najtrudniejszy orzech do zgryzienia. Ale tylko do czasu. Po pierwszych 10. gemach meczu przestała istnieć. W dwóch następnych setach rozgryziona przez Polkę jak orzech przez wiewiórkę.
Czwarta runda. Francuzka Parry. Tu różnica klas była tak duża, że w pewnym momencie można było dojść do wniosku, że rywalka pomyliła turnieje i zamiast do, dajmy na to, Parmy (bo chyba akurat tam grano), przyjechała do Paryża i weszła przez pomyłkę na Court Philippe Chatrier. Żeby pozwiedzać.
Ćwierćfinał z Kalińską. Koncert w pierwszej połowie pierwszego seta do 5:1, potem nieco wydłużona przerwa śródlekcyjna (trzeba przyznać, że również na skutek dużo lepszej niż do tego momentu gry rywalki) zakończona jednak wzięciem pełnego oddechu w tie-breaku i drugi set. Na początku lekka podpucha, ale od połowy już znów pod pełną kontrolą.
Przedostatni akord turnieju. Piękny, pełen bardzo dobrych zagrań z obu stron i zwrotów akcji, półfinał. Wygrana ze Shneider, zbudowaną przecież fantastycznym zwycięstwem dzień wcześniej nad Sabalenką, przejdzie do historii. Musi. Tak jak z niektórych kobiecych meczów trudno czasem zrobić highlights dłuższe niż minuta, to tutaj można by puścić pół meczu, a ręce i tak by musiały cały czas klaskać.
No i wreszcie dzisiaj ten szczęsno-nieszczęsny finał. Finał, który miał być ukoronowaniem tej całej przebytej doń drogi. Ukoronowaniem zwycięskim. Niestety się nim nie stał. Dlaczego? O tym za moment. Najpierw chciałem napisać, że ta porażka niczego w naszym odbiorze występu naszego „okruszka” nie może zmienić. Tego, co zrobiła w czasie tego turnieju, szczególnie oczywiście w spotkaniach drabinki głównej, nic nie jest w stanie przesłonić. Zresztą, jak już. Ona dzisiaj przegrała z zawodniczką, która przed turniejem była numerem osiem na świecie, czyli plasowała się w rankingu o 106 pozycji wyżej od Polki! Po Paryżu Andriejewa, która ma notabene (chyba jako jedna z trzech zawodniczek na świecie, przy czym myślę o tych z bardzo szeroko rozumianej czołówki, a nie o tych, co wygrały z Polką 10-8 lat temu i teraz z nią nie grają, bo są bardzo daleko w rankingu), dodatni bilans spotkań na przykład z Igą, jest liderką rankingu Race WTA! W klasycznym rankingu, który obowiązuje do rozstawień i który w poniedziałek ogłosi WTA, nazwisko Rosjanki będzie widniało na miejscu szóstym. Przegrać z kimś takim to żaden wstyd. I to jest jedna strona medalu przy tłumaczeniu przyczyn porażki. A teraz druga.
Maja przegrała dzisiejszy finał z kilku powodów. W kolejności niekoniecznie zgodnej z hierarchią, jaką każdemu z nich przypisuję. Może nawet odwrotnej. Po pierwsze. Była jednak bardziej spięta niż w poprzednich meczach. I to było widać w niektórych zagraniach. Niektórych bardzo dla wyniku meczu istotnych. Po drugie wyszło zmęczenie i to, że grała od Rosjanki do momentu rozpoczęcia finału dwa razy dłużej na korcie. Konkretnie, w godzinach: szesnaście do ośmiu. Polka z każdym gemem ewidentnie prezentowała się coraz słabiej fizycznie. I sprawa trzecia. Być może fundamentalna. Przy takich warunkach fizycznych, jakimi dysponują obie dzisiejsze finalistki, pozostawienie otwartego dachu nad kortem w sytuacji kiedy w Paryżu hulał, żeby nie napisać szalał, wiatr, było równoznaczne z otrzymaniem przez rywalkę potężnego handicapu. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, ze ktoś podał jej wędkę do wyciągnięcia wygranej. Pisząc precyzyjnie był to supervisor (nie wiem jak to po polsku ma brzmieć, ale mi wychodzi, że najadekwatniejsze tłumaczenie to "kierownik zamieszania"). Zauważmy jak Maja grała pierwsze sześć gemów, gdzie jeszcze miała siły, i jak to wyglądało później, kiedy ich brakło. Jeszcze rozumiem, gdyby ten dach zamknięto dopiero po pierwszym secie. „Myśleliśmy, że da się to rozegrać, ale widzimy, że nie. Przepraszamy. Już się poprawiamy”. Ale nie. W zaparte. Żadnej refleksji, mimo, że już w pierwszym secie było rzeczą ewidentną, że wiatr w ogromnym stopniu wpływa i na grę, i na wynik.
Oglądał ktoś kiedyś filmy National Geographic o Arktyce? Tam, w zimie, są jeszcze większe wiatry niż był dzisiaj w Paryżu. Poważnie. Ale nie wszystkich mieszkańców to rusza. Woły piżmowe, na przykład, staną w polu i tak stoją. I wiatr sobie może wiać. Mają go, w przenośni i w realu, w tyle. Natomiast taki zając polarny czy lis polarny już nie. On musi się przed tym wiatrem chować. W norach na ten przykład. Bo jak się nie schowa, to go spotka ze strony wiatru duża krzywda. Taka, jaka spotkała Maję, bo się nie schowała za kort. A rywalka, jak ten wół piżmowy, stała i waliła na prawo i lewo. Wiatr jej nie ruszał.
To tyle na temat tej porażki. Rywalka Mai, oprócz tego, że pokazała, że naprawdę świetnie w takich warunkach umie sobie radzić, powinna kupić jakiś duży bukiet kwiatów, napisać do wujka Wołodii (podobno należy do jego, dość licznych zresztą, sportowych pupilek), żeby przysłał ekspresem ze trzy „Belugi” (może być w wersji „Gold Line”) i walić z podziękowaniami do supervisora. Jest za co dziękować.
Wracając do samej Mai, to jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt sprawy. Przypomnijmy fakty. Ta dziewczyna parę lat temu była w głębokiej depresji. Nie chciała nawet wstać z łóżka, żeby pójść na trening. Wyjść z czegoś takiego, to już jest mistrzostwo świata. A co dopiero wyprawiać takie rzeczy jak to robiła przez cały czas trwania francuskiego Szlema.
Maja nie tylko się po tej depresji pozbierała, ale już w następnym roku pokazała raz, że pazury, a dwa to, że naprawdę umie grać w tenisa. W Wimbledonie przeszła przez kwalifikacje i w pierwszej rundzie pokonała dużo wyżej klasyfikowaną Czeszkę Katerinę Siniakovą. W pierwszym secie był nawet bajgel. W drugiej rundzie grała z, też znacznie wyżej notowaną w rankingu, Amerykanką Riske. Wygrała pewnie pierwszego seta, ale w kolejnych dwóch spłynęła, ewidentnie nie wytrzymując spotkania pod względem kondycyjnym. Dały o sobie znać trudne kwalifikacje (grała w nich trzy spotkania i wszystkie, jak to mówią telewizyjne redachtóry, na pełnym dystansie). Notabene mecz finałowy kwalifikacji Maja wygrała z nie byle kim, bo z Coco Vandeweghe, a więc zawodniczką, ż którą nie zawsze radziła sobie, na przykład, Agnieszka Radwańska.
Chwilę po rzeczonym Wimbledonie Polkę spotkało kolejne nieszczęście. Poważny uraz kolana. Musiało się skończyć na operacji. Dla każdego sportowca operacja kolana wiąże się z długą przerwą w karierze. Bo oprócz rehabilitacji dochodzi jeszcze żmudny i długotrwały etap dochodzenia do formy i dyspozycji sprzed operacji. Chwalińska nie była wyjątkiem. Dopiero w zeszłym roku udało jej się po raz drugi osiągnąć drabinkę główną turnieju Wielkiego Szlema. Zagrała w Australian Open, ale odpadła w pierwszej rundzie.
Oprócz tego największymi do tej pory sukcesami Mai po powrocie po kontuzji były trzy wygrane turnieje rangi WTA 125. Wszystkie na cegle, wszystkie bardzo wyraźne. W Brazylii w grudniu 2024, w Montreux we wrześniu 2025 i ostatnio w marcu w Portugalii.
No więc wychodzi, że tych dotychczasowych sukcesów było, być może tylko i wyłącznie z powodu wspomnianej kontuzji kolana, ale jednak, niedużo i ten obecny, jeszcze raz podkreślę, WIELKI WYNIK to, na zdrowy rozum, nie miał prawa mieć miejsca. I dlatego wciąż trudno mi go ogarnąć. Co nie zmienia faktu, że ma to znaczenie trzeciorzędne, a w zasadzie w ogóle go nie ma. Te trudności z ogarnięciem, znaczy.
Maja, po prostu, wybuchła jak wulkan. Albo jak Adam Małysz ćwierć wieku temu. Tylko, że Małysz kilka lat wcześniej zdradzał niewątpliwe objawy geniuszu. Maja jednak mniej. Co, jak się przekonujemy, też jest bez jakiegokolwiek znaczenia.
Dobra. W sumie co kogo obchodzi to, że ja taki mało o(roz)garnięty jestem, prawda? Cieszmy się i radujmy!
Mimo porażki w tym nieszczęsnym finale jest czym. Naprawdę.
Dzięki za ponad dwa tygodnie wielkich wzruszeń, panno Maju. Ostatnio to chyba rok temu na finale Wimbledonu tak dumny byłem.
PS
Na koniec jeszcze naszedł mnie taki optymistyczny wniosek. A co tam? Podzielę się. Co się będę bawił w egoistę. Otóż.
Po tym co zobaczyłem w tym tygodniu, nabrałem dużo większej wiary w odrodzenie Igi. Skoro Maja mogła powstać z popiołów, to czemu Iga nie mogłaby z kolan?




Komentarze
Pokaż komentarze (80)