To znaczy tak. Dzień koszmarny wynikowo, bo jak się przyjrzeć rezultatom poszczególnych setów i samej grze, to było dużo lepiej niż wskazują efekty gry naszych reprezentantek.
Magda Linette w każdym z obu setów goniła wynik, w każdym potrafiła to zrobić, a potem w decydującym gemie serwisowym jednak ustępowała pola. No ale grała z Andriejewą.
Magdalena Fręch, której przyszło zmierzyć się z nieco niżej od rodaczki umiejscowioną w rankingu Kalinską, stawiała porównywalny do Linette opór. W pierwszym secie nawet większy, bo przegrała w tie-breaku i to najciaśniej jak się da, a wcześniej, przy stanie 5-4 serwowała nawet na seta. W drugim secie Rosjanka przełamała Polkę na starcie i potem skupiła się na wygrywaniu swoich gemów. W czym była bardzo skuteczna.
Dramat przeżył nasz Okruszek. Prowadził 6:2, 5:2, a przy 5:3 w drugim secie miał piłkę meczową. Choć ja bym ją raczej nazwał feralną. Chwalińska, próbując ratować się w trudnej sytuacji, poślizgnęła się i podkręciła kostkę. W efekcie przegrała wygrany mecz, bo później grała już tylko rywalka.
Wielu (choć akurat nie mnie, bo pisałem, że tak może być jeden post wcześniej) zaskoczył Hurkacz. Gładko rozprawił się z faworyzowanym, 12. w rankingu, Ruudem. Dzieki temu w drugiej rundzie ma łatwiej. Co nie znaczy, że ją przejdzie. Wielokrotnie, mając za rywala potencjalnie dużo słabszego przeciwnika, lądował poza turniejem. Gdyby zwyciężył, to w trzeciej rundzie najprawdopodobniej trafi na Amerykanina Paula. I tutaj mój optymizm jest jakby mniejszy, bo Jankee ostatnio gra bardzo przyzwoity tenis.
Dzisiaj na kort wychodzą Majchrzak i Świątek. On za chwilę, Iga koło trzeciej. Miejmy nadzieję, że oboje swoje pojedynki wygrają. Bo jakby nie, to zanotujemy najgorszy od lat bilans pierwszej rundy Wimbledonu.



Komentarze
Pokaż komentarze