Pytanie za 5 zeta. Czym różni się Maja Chwalińska AD’26 (opieram się tylko na meczach, które w jej wydaniu widziałem, czyli na tych trzech z RG) od Igi Świątek AD’26? Otóż Chwalińska, oprócz tego, że stosuje to, czego nauczono ją na treningach, to jeszcze myśli. Intensywnie.
Iga natomiast od pewnego czasu sprawia wrażenie, jakby tego nie robiła albo nie umiała wysnuć z dotychczasowej gry żadnych wniosków. Więcej. Postępuje w grze jakby wbrew temu, co podpowiada rozum.
Nie wiem. Może wcześniej też tak było, tylko człowiek tego nie zauważał. Były zwycięstwa, była wielka przewaga fizyczności i to umykało. Teraz te rywalki, które z tą fizycznością znacznie podgoniły, a w grze, podobnie jak Chwalińska, myślą, to i rezultaty bezpośrednich spotkań z Polką mają coraz lepsze.
Po Rzymie wydawało mi się, że przyjście hiszpańskiego trenera dużo Polce dało i da. Co do tego „da” to jeszcze poczekajmy, ale żeby dużo „dało” to chyba jednak nie. Co z tego, że wydaje się, że Polka gra, .nazwijmy to, spokojniej. Dalej partoli niemiłosiernie serwis. Dalej przestrzeliwuje, też niemiłosiernie, kort. Na dodatek w meczu z Kostiuk jej backhand był chyba najgorszy od początku dorosłej kariery. A jak nie, to przynajmniej gorszy od jej backhandu z wszystkich innych meczów, które w jej wydaniu widziałem, a widziałem ogromną ich większość. Nie tylko backhand totalnie dzisiaj zawiódł. Nie widziałem też wcześniej w jej wykonaniu tak słabego drugiego serwisu. Po kilku pierwszych gemach Ukrainka się w niego wczuła i robiła już z Polką przy drugich piłkach co chciała. Do tego doszedł wspomniany wyżej brak myślenia i kompletny dołek mentalny oraz brak wiary w możliwość jakiejkolwiek zmiany rezultatu.
Kostiuk w pierwszym secie wcale nie grała dobrze. Została, w sumie zresztą na własne życzenie, dwa razy przełamana i, w normalnej formie, Polka powinna tego seta spokojnie wygrać. Ale w normalnej formie to Iga Świątek, niestety, nie jest. Albo inaczej. Może nastał okres, kiedy to dyspozycja, jaką dziś zaprezentowała, będzie uznawana za jej standardową?
Gorzki, wręcz cierpki, ten tekst, ale z serca płynący i na pewno nie po to, by Idze dowalić. Od tego są stada najętych trolli. Ale chyba warto się zastanowić, czy obniżkę formy, jaką obserwujemy od ostatniego US Open, można aby na pewno wiązać z Wimem Fisettem, jak to wielu z nas, w tym również uznani eksperci, zdawało się w ostatnim czasie sugerować.
Pozostała nam w Paryżu już tylko Maja Chwalińska. Nie chciałem tego pisać po meczu Świątek-Linette, ale dziś już mogę. Szkoda, że tamtego meczu nie wygrała starsza z tej pary. Nie wiem czy pokonałaby dzisiaj Kostiuk, ale z pewnością byłoby znacznie więcej emocji. Również tych pozytywnych.
Jutro o ćwierćfinał powalczy Chwalińska. Nie mam żadnej pewności, że skutecznie. Natomiast jestem przekonany, że pozostawi po sobie (mimo, że będzie grać nie tylko przeciwko rywalce, ale całemu stadionowi) znacznie lepsze wrażenie niż to, jakie pozostało dziś po występie Igi. Bo to jest fatalne.
Strasznego kaca mam.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)