Pamiętam pierwsze słowa Jana Ciszewskiego po niezapomnianym zwycięskim finale polskich piłkarzy na igrzyskach olimpijskich w Monachium. Finale, który rozpoczął wspaniały marsz polskiej reprezentacji na szczyt dyscypliny sportowej, którą uprawiali. Otóż. Na początku był chaos, a zaraz potem Ciszewski wykrzyczał do mikrofonu: „Co ja mam Państwu powiedzieć? No co ja mam państwu powiedzieć?”.
Ja tak oczywiście dzisiaj nie napiszę. Nie napiszę dlatego, że co bym wtedy napisał, kiedy na przykład polski „okruszek” wygra finał w sobotę. Zostałbym na wykroku jak ten przysłowiowy Himilsbach z tym angielskim. Więc se, profilaktycznie, daruję. Poczekam z tym do soboty.
Tymczasem ujmę sprawę tak. Mieliśmy dzisiaj, moim skromnym zdaniem (czyli zdaniem kibica i laika, ale jednak), do czynienia ze zwycięstwem i meczem wyjątkowym. Obie zawodniczki zaprezentowały poziom, którego nie powstydziłyby się najlepsze w historii graczki na cegle. To raz. A dwa, to poziom emocji w tym spotkaniu. Dramaturgia rzeczywiście niesamowita. Prawdziwy roller-coaster. W dobrym tego słowa znaczeniu.
Trzeba oddać co trzeba rywalce. Była naprawdę świetna. Po tym co dziś obejrzałem, przestało mnie aż tak strasznie dziwić, że wczoraj upokorzyła Sabalenkę.
Shnaider miała, niestety dla siebie, pecha. Trafiła na jeszcze lepszą. I nie może zwalać na żadne plecy, fuksy, linie czy inne rzeczy. Mai też coś dolegało, linie raz że grają, a dwa, że Niemka/Rosjanka miała ich chyba więcej od naszej, i trzy, że Polka w tym turnieju udowodniła, że u niej FUKSÓW NIE MA. Wszystko jest w pełni zaplanowane i przemyślane. Czego akurat o wszystkich zagraniach jej rywalki nie do końca można powiedzieć. Miała bowiem kilka bardzo szczęśliwych. Shneider przegrała, bo była właśnie o te trzy gemy słabsza. Mimo, że od Polki silniejsza. Fizycznie, znaczy.
Myślę, że to był najlepszy mecz Chwalińskiej w tym turnieju (piszę o turnieju głównym, bo meczów eliminacyjnych raz, że nie widziałem, a dwa, że to jednak były rywalki drugiego sortu). Mimo, że jak wziąć pod uwagę suchy wynik, to był, jak to mówią Brytole i Jankesi, najbardziej TOUGH. Był najbardziej trudny, bo rywalka potrafiła odpowiedzieć na walory Mai znacznie lepiej od rywalek poprzednich. Jak się jednak okazało nie na tyle dobrze, by spotkanie zakończyć inaczej niż one.
W sobotę wielki finał. Byłoby znacznie przyjemniej, gdyby naprzeciwko Mai stanęła Kostiuk. Jeszcze lepiej byłoby oczywiście, gdyby po drugiej stronie siatki była pokonana przez Ukrainkę Iga. Ale, z oczywistych powodów nie jest i nie ma sensu w tej chwili do tego wracać. Stało się inaczej. Nie będzie ani Igi, ani nawet Kostiuk. Będzie kolejna Rosjanka.
Andriejewa jest na cegle w tym roku bardzo dobra, ale nie fenomenalna. Wygrała turniej w Linzu, potem w Stuttgarcie przegrała dopiero w półfinale z Rybakiną, w Madrycie zaszła aż do finału, gdzie uległa Kostiuk i ostatnio w Rzymie, nie wiedzieć czemu, padła z Coco w ćwierćfinale. Po drodze odniosła kilka ważnych zwycięstw, m.in. ze Świątek (chociaż wygrać z Igą w tym roku to nie jest aż tak wielka sztuka), Baptiste, Cirsteą czy Mertens. No ale z tymi z czołówki WTA Race Ranku wygranych nie ma. Dopiero tutaj, w półfinale z Kostiuk. Więc do ogrania jest. Przy czym może to się okazać jeszcze trudniejsze niż wygranie ze Shneider.
Trudniejsze, ale nie niemożliwe. Ważnym czynnikiem może być tu, oprócz oczywiście dobrego wejścia w mecz, dyspozycji dnia, czy tego, jak się każda z nich będzie w chwili meczu czuła fizycznie i takich tam podobnych, niesamowite opanowanie Polki. Jeśli Rosjanka, a zdarza jej się to całkiem nierzadko, straci nerwy, a Maja jest przecież mistrzynią w doprowadzaniu rywalek do szału, to może być naprawdę pięknie. I tego niniejszym, zarówno sobie, jak i Państwu, serdecznie życzę.
Tymczasem idę kontemplować tę wygraną w nieco większym gronie. Myślę, że nie będzie grzechem, jeśli uczczę to kroplą dobrego płynu. Tą razą niekoniecznie musi to być mleko prosto od krowy tudzież źródlana woda. Dobranoc.
PS
Ale by było pięknie, gdyby nagle w sobotę Maja zobaczyła na trybunach dopingujące ją dwie Magdy i Igę. Wtedy, uważam, moglibyśmy otrzymać w prezencie to, co na zeszłorocznym Wimbledonie. Rower, znaczy. Ale chyba za dużo wymagam. I od dziewczyn, i od Mai.




Komentarze
Pokaż komentarze (21)