Ostatnie dwa wyrazy mojego podtytułu zawdzięczamy oczywiście, tylko i wyłącznie, Argentyńczykom. Od początku do niemal końca spotkania starali się obrzydzić całemu światu ten finał. Różnymi sposobami. Raz, że nic, ale to dosłownie nic nie grali. Stanęli na swojej połowie, w zasadzie to obleźli swoje pole karne i czekali. Czekali kogo by tu kopnąć. Ponieważ do wyboru na boisku byli tylko Hiszpanie i sędzia, to musiało paść na tych pierwszych. I panowie z południa Ameryki sobie, przy biernej postawie sędziego (do czego jeszcze wrócę), na tych biednych Hiszpanach używali,
Podopieczni Scaloniego zachowywali się w tym finale dokładnie tak, jak ich starsi o trzydzieści parę lat koledzy w roku 1990. Destrukcja goniła destrukcję. I, tak jak przez całe mistrzostwa, wszystkie chwyty dozwolone. To się chyba nawet tym ich zagorzałym tifosim przestało podobać, bo aplauz z trybun dla ich poczynań jakby słabiej słyszalny był. Na szczęście dla piłki, skończyło się tak samo jak na Mundialu we Włoszech.
Hiszpanie nie zagrali, być może, aż tak wybitnego meczu jak z Francją. Ale w każdym (tak, W KAŻDYM) aspekcie piłkarskiego rzemiosła byli od Argentyńczyków dwa piętra wyżej. A ci potrafili reagować tylko rzadko spotykaną brutalnością. Szkołą Simeone, znaczy. To spotkanie wyglądało jakby Bayern, za wstawiennictwem Podolskiego, przyjechał do Zabrza na sparing z drugą drużyną Górnika która, nie mogąc zdzierżyć, wszelkie niedostatki postanowiła nadrabiać ordynarnymi faulami.
Przed napisaniem tego tekstu oglądnąłem sobie jeszcze raz skrót z tego meczu. Wynika z niego, że Hiszpanie oddali w tym meczu, licząc z dwoma nieuznanymi przez Vincica bramkami (z których tej pierwszej, Williamsa, nie uznał kto wie czy nie bezpodstawnie, bo ciężko dopatrzeć się faulu Merino, a żałosne krzyki Otamendiego nie mogą być wyznacznikiem czegokolwiek), 19 strzałów. Z tego grubo ponad 10 celnych. Oprócz tego stworzyli kilka kolejnych, bardzo groźnych, akcji które, nie wiadomo dlaczego, nie zakończyły się golem. Argentyna pierwszy, i to niecelny, strzał oddała w… 122 minucie. Żeby było śmieszniej, mógł on doprowadzić do serii rzutów karnych, a to już byłyby jaja z pogrzebu.
Argentyna przez całą dogrywkę grała w 10-tkę. Zupełnie zasłużenie, bo nie dało się już przejść na faulem Fernandeza do porządku dziennego. Nawet sędziemu Vincicovi. Rzadko zgadzam się z komentatorem Borkiem, ale widzę, że w kwestii arbitra finału mamy dokładnie to samo zdanie. Słoweniec to nie był rozmiar kapelusza na finał. On i tak wypadł lepiej niż się spodziewałem, bo finalnie nie wydrukował zwycięstwa Argentyńczyków. Natomiast jego tolerancja dla albicelestes przeszła w tym meczu wszelkie bariery. Pozwalał im na niemal wszystko. Żółtych kartek dostali dwie, a powinni przynajmniej ze sześć. Czerwonych, lekko licząc, jedną jak nie dwie więcej. Nie zagwizdał też kilku ewidentnych fauli na Hiszpanach. Z upływem czasu, widząc jak jest i w którą stronę sprawy ewidentnie zmierzają, sędziował już nieco lepiej, ale w takiej sytuacji to nawet infantino by nie kombinował.
Mistrzostwa za nami. Przyjdzie pewnie czas na liczne i głębokie analizy profesjonalistów. Mnie, szeregowemu kibicowi, który w dodatku ogląda futbol od, powiedzmy, średniego dzwonu, jedno wydaje się bezsprzeczne. Mistrzem świata została drużyna, która na to ze wszech miar zasłużyła. Wygrali swoją grupę, w fazie pucharowej byli lepsi od każdego zespołu z którym się mierzyli, z meczu na mecz wyglądali coraz lepiej, w półfinale wykazali niezaprzeczalną wyższość nad głównym faworytem całych zawodów, a finałowego przeciwnika (w którym, że przypomnę, występuje największa indywidualność w historii piłki nożnej) zwyczajnie ośmieszyli.
Szkoda mi trochę Messiego. W ciągu dwóch dni stracił wszystko, co jeszcze w sobotę po południu wydawało się na wyciągnięcie ręki. Przy czym o ile z tym złotym butem to kwestia była poza nim i nie miał wpływu na francusko-angielską ustawko-ugodę, to ostatniej nocy, walcząc w końcu o, było nie było, tytuł mistrzowski i jego obronę, zwyczajnie dostosował się do poziomu kolegów, ani trochę się z niego nie wychylając.
Na sam koniec wypada wyrazić uznanie czy nawet podziw dla debiutującej w mistrzostwach drużyny z Wysp Zielonego Przylądka. Ta niby zbieranina potrafiła nie tylko wyjść z grupy i zostawić w pokonanym polu Urugwaj czy Arabię Saudyjską, ale również, jako jedyna, nie zostać pokonana przez nowych mistrzów świata. No i przegrać w fazie pucharowej z Argentyną, po heroicznym boju, dopiero po dogrywce. Dla lepszej orientacji tych, którzy o tym do tej pory nie wiedzieli dodam, że kraj ten jest, mniej więcej, 75 razy mniej ludny niż Polska.
Ostatnie, podsumowujące te mistrzostwa, zdanie w temacie.
HISZPANIO, JESTEŚ WIELKA! PRZYWRACASZ WIARĘ W FUTBOL.
Amen



Komentarze
Pokaż komentarze (37)