Gdy piłem, nie lubiłem ludzi. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że piłem, żeby być między nimi. Bardziej chodziło o to, że nie byłem w stanie wytrzymać ze sobą. Nienawidziłem zmarnowanych okazji. Nie znosiłem swojej podobizny w lustrze. Nie umiałem i nie chciałem zebrać myśli, bo jeszcze bym coś wymyślił i musiałbym mieć do siebie pretensje, że tego nie zrobiłem.
Z drugiej strony, powtarzałem zawsze, że pić trzeba z kimś inteligentnym, a któż był inteligentniejszy ode mnie? PIłem więc ze sobą, nie patrząc w lustro i nie zastanawiając się za bardzo, zagłuszając myśli głośną, ostrą muzyką.
W ośrodku odwykowym nie mieliśmy dostępu do telefonów. Nie mieliśmy radia. Mogliśmy rozmawiać ze sobą i słuchać ciszy w nocy.
Lubiłem obserwować ptaki, do dziś lubię patrzeć na ich świat. Zazdrościłem im swobody i braku problemów.
A wystarczyło, że nauczyłem się milczeć we własnym towarzystwie. Gdy jest mi źle, a jestem sam, dzwonię do kogoś. Jeśli pora nie pozwala lub po prostu potrzebuję się skupić, modlę się. Mój Bóg, Jakkolwiek Go Rozumiem, jest w stanie mnie znieść, jeśli ja mam z tym problemy.


Komentarze
Pokaż komentarze