Gdy piłem, bardzo łatwo (i chętnie) zauważałem oznaki pecha. Trzynasty dzień miesiąca, nie daj Boże, piątek. Czarny kot, który przebiegł mi drogę. Rozbite lustro, znaczy: siedem lat nieszczęścia.
Czasami wciąż mam pecha, dziś jednak nazywam to doświadczeniem, zakładając, że Bóg, Jakkolwiek Go Pojmuję, nie daje mi na barki więcej, niż mogę unieść.
Pechowe to góry - powiedziała dziś moja Żona, gdy wracaliśmy od lekarza, który pomaga Jej w problemach z kręgosłupem. - Znów mam jechać w Bieszczady i problemy….
Próbowałem tłumaczyć, że jeszcze nie pojechaliśmy, że jest czas, żeby się pozbierała (w końcu będziemy tam za trzy tygodnie prawie). Że coraz lepiej się czuje każdego dnia. Choć faktycznie, Bieszczady nie dały nam do tej pory odpoczynku, bo zawsze coś przerywało nam pobyt. Jakieś nieszczęście.
Nie uprawiaj determinizmu - odpowiedziałem. - To, że było niedobrze do tej pory, nie znaczy, że teraz też będzie.
W końcu człowieka nie poznaje się po tym, jak upada. Raczej po tym, jak wstaje. Lub chociaż próbuje.


Komentarze
Pokaż komentarze