Nigdy nie byłem wielkim fanem wycieczek w góry, a jednak na kilka wyższych i kilka niższych szczytów w życiu wylazłem. „Droga w górę”, zwykle (bo w górach nie ma wind), jest „drogą pod górę”. Jest trudna. Ciężka. Męcząca.
Satysfakcja na szczycie jest jednak niesamowita.
Z tym ostatnio, jak zauważam, mam trochę problem. Nie jest trudne utrzymanie trzeźwości. Nie chce mi się pić, w rozumieniu „ulżenia sobie”. Nauczyłem się wyżywać zdrowo: piszę coś, gram w ping ponga, idę na spacer. Wbiłem sobie w głowę, że nie ma drogi na skróty, ulga nie może być natychmiastowa. Nawet, gdy biorę coś przeciwbólowego, lek musi się wchłonąć, żeby zacząć działać.
Problemem, jaki zauważam ostatnio, jest właśnie satysfakcja z niepicia. Czuję się przemęczony. Wymięty. Czuję pewne niezadowolenie z codzienności: wstaję rano, siadam do pracy, zwykle pracuję dłużej niż powinienem, ewentualnie pójdę na ping-ponga, rozwożę dzieciaki po treningach, wybiorę się na mityng.
Dlatego jutro jadę do kina, z rodziną i dziewczyną Syna. Spędzimy razem dzień. Bez pracy, tematów okołopracowych i życiowych. Mam zamiar weekend wykorzystać do końca.


Komentarze
Pokaż komentarze