Często słyszę na mityngach, że służba jest najważniejsza. Na dowód tego słucham mądrości typu: Kto szklanki myje, ten nie zapije. Zwykłem myć po sobie szklankę, obojętne czy na mityngu, w domu, czy u kogoś, jeśli nie jestem na oficjalnym przyjęciu. Z drugiej strony rozumiem, że są osoby, które, nasłuchawszy się, jak to muszą mieć służbę, biorą, co jest. Albo zostają kawiarenkowym, jakby alkoholiczkom i alkoholikom korona z głowy spadła, że sami zrobią sobie sami kawę czy herbatę.
Rozumiem, że ludzie potrzebują poczucia przynależności i bycia potrzebnym.
Kiedyś usłyszałem, że rodzina to dla mnie wymówka. Bo powinienem AA zwrócić to, co dostałem. Najpierw krew się we mnie zagotowała. Potem spojrzałem na człowieka, z którym rozmawiałem. Który pełnił służby wszelakie, „przerobił” program, jeździ na mityngi codziennie. I jest emerytem.
Nie tłumaczyłem się, kończąc dyskusję. Mam pracę, dobrze płatną, w korporacji. Mam rodzinę, z którą spędzam czas, póki mogę. Póki oni jeszcze chcą ze mną spędzać czas - Starszy już woli jeździć do dziewczyny. Często gdzieś wyjeżdżamy. Nie mogę podjąć się zadania, którego nie będę w stanie wykonać, bo wyślą mnie na drugi koniec świata. Pomagam jak mogę. Przygotowując coś - grafikę, projekt, załatwiając coś. Wysyłam kilku osobom sfotografowane strony książki - codziennie. Robię bransoletki z okazji rocznic trzeźwości. Piszę tu. Nie piję nie po to, żeby chodzić na mityngi AA. Chodzę na mityngi, żeby nie pić. I pokazywać innym, że jest sposób.


Komentarze
Pokaż komentarze