Szczerze powiedziawszy, już jakiś czas nie przyszło mi do głowy, żeby się napić. Czasem przy dużych upałach mi się zdarzało pomyśleć o zimnym piwie. I to bardziej dla zimnego, niż piwa.
Nauczyłem się nie iść na skróty. Nie szukam szybkiej ulgi. Nie myślę, że łatwo uda mi się pozbyć ciężaru.
To jest największa zmiana w moim życiu. Nie chodzi o alkohol. Równie dobrze mógłbym brać narkotyki. Albo leki. Albo palić papierosy. Chodzi o zrozumienie tego, co pod spodem.
A tam jest smutek. Gniew. Tęsknota. Trudność. Stres. Nieznany ciężar.
Podczas pobytu w ośrodku trudno mi było pisać dzienniczek uczuć, przede wszystkim dlatego, że nie wiedziałem, jak nazwać to, co czuję. Mimo przeczytania wielu książek i znajomości wielu słów nie umiałem powiedzieć, czy to, co czuję w danym momencie jest pobudzeniem, radością czy ekscytacją. Czułem się „dobrze” albo „źle”. Czasem „poza moją strefą komfortu”. Nie ma takiego uczucia - powiedziała moja terapeutka, patrząc na mnie zza okularów opuszczonych do pół nosa.
Jak ciężar jest nieznany, trzeba go poznać. Zrozumieć. Przyznać się do czegoś. Czasem trwa to dzień. Czasem tydzień. W końcu jednak dotrę do tego czegoś.
Alkohol tylko by to opóźnił.


Komentarze
Pokaż komentarze