Nie byłem dobry w długich dystansach. Jeszcze gorszy byłem w nabraniu dystansu do siebie.
Dziś prowadziłem mityng rocznicowy przyjaciela, którego przyprowadziłem do Wspólnoty. Pojawiło się na nim trochę chaosu i nie poszedł tak, jak mityng idealny pójść powinien. Ten jednak był mój, nie musiał być idealny.
Słuchałem. Próbowałem zobaczyć kolejnych zgłaszających się, co nie zawsze mi wychodziło. Obróciłem to wszystko w żart. Bo już umiem śmiać się z siebie i powiedzieć sobie do słuchu.
Jeszcze jakoś trzymam to na dystans, nie ruszam - powiedział przyjaciel w drodze powrotnej o trudnym dla siebie temacie.
Ja nie odkładam długo. Nie teraz, to wieczorem. Nie na krześle, to na spacerze. Zaczynam się zastanawiać, przyglądać, co mi to robi, jak powtarzała moja terapeutka.
Mierzę się ze swoimi lękami, problemami i uczuciami. Nie jest to łatwe. Dlatego trzeba to zrobić.


Komentarze
Pokaż komentarze