Mam kuzyna, z którym wypiłem morze wódki. A może nawet ocean. Nie piję już któryś rok. Kiedyś zapytał, czy to już tak do końca życia. Odpowiedziałem mu, że nie piję dziś. Kuzyn zatem ma nadzieję za każdym razem, gdy się pojawię, że to już.
Moja kuzynka, jego siostra, też zawsze pyta mnie, czy się napiję, mimo że pracowała kilka lat w Komisji ds. Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.
Mój kolega z tego samego miasta zawsze kupuje przy mnie piwo.
Wszyscy mają trudność ze zrozumieniem, że dla mnie alkohol nie jest atrakcyjny. Nie potrzebuję go do rozluźnienia, bo nauczyłem się modlić i poznałem kilka ćwiczeń oddechowych. Mogę skorzystać z zegarka, który wibruje w odpowiednim rytmie. Nauczyłem się pokonywać swoje ograniczenia, lęki i bariery w głowie, więc nie jest mi potrzebny alkohol, żeby być bardziej śmiałym. Patrzę wstecz i widzę, ile osiągnąłem, podobnie mam wiele planów, nie trzeba mi alkoholu, żeby mieć poczucie mocy. Nie potrzebuję też alkoholu by rozmawiać. Na imprezie firmowej byłem pierwszy do wygłupów, nie jest mi zatem potrzebny żeby się dobrze bawić.
Czasem patrzę na nowy smak Jacka Danielsa czy butelkę Single Barrel i myślę: Ciekawe jak smakuje. Nie chcę spróbować, jest to więc być może pewne ograniczenie. Gdy patrzę na rachunek zysków i strat… wolę trzeźwe życie.


Komentarze
Pokaż komentarze