Pamiętam dobrze ten czas. Wstawałem wcześnie rano, gdy tylko moja Żona wychodziła do pracy. Jeśli miałem coś ukryte, robiłem pierwszego drinka lub otwierałem puszkę. Gdy chłopcy jeszcze spali czasem szedłem po bułki, by dokupić do tego setkę lub dwie.
Potem obliczałem gdzie kupowałem alkohol wczoraj i jak ułożyć swoją marszrutę w ciągu dnia, żeby móc kupić alkohol, gdy będzie potrzebny. Oczywiście miałem obliczone kiedy to będzie. Żeby zdążyć przed powrotem z pracy Żony i usunąć dowody.
Wieczorem jakaś knajpa, czasem piwo lub drink w domu, bo był to ciężki dzień w pracy. Zawsze było ciężko.
To był koszmar.
Całe to planowanie, układanie dnia i zajęć pod to, żeby móc się napić, wstyd przy kupowaniu i jeszcze większy przy wyrzucaniu butelek - wszystko to kosztowało mnie mnóstwo zdrowia i sił.
Dziś wchodzę do tych sklepów z podniesioną głową/. Panie sprzedawczynie już przestały mi się badawczo przyglądać. Uśmiechają się. Ja do nich też.


Komentarze
Pokaż komentarze