"Gdyby nie zgodził się na współpracę, nie byłoby Ryszarda Kapuścińskiego" - twierdzi Ernest Skalski. Jakim cudem zaistnieli zatem tacy giganci słowa jak Jasienica, Białoszewski, Iredyński i dziesiątki innych? Niektórych dotykały czasowe zakazy publikacji, inni byli kierowani do psychuszki. Inwigilowano ich, przetrzymywano latami publikacje, nie przydzielano papieru, siekano cenzorskimi nożycami. Jeden wypadł przez szpitalne okno, choć nie miał dość sił, by się do niego dostać. Wielu wyjechało za granicę. Nie każdy miał dość samozaparcia, by znaleźć na Zachodzie wydawcę. O wielu nie pamiętamy.
W dużym sklepie internetowym można kupić zaledwie jedną książkę Białoszewskiego. Dwa tytuły Kisiela. Jasienica szczęśliwie powraca w chwale. Należało mu się. Ale gdzie są książki Iredyńskiego, Zawieyskiego, Wańkowicza, Szaniawskiego, by sięgnąć tylko po niektóre nazwiska wymienione w "Obławie" Siedleckiej?
Czy byliby dziś równie dobrze widoczni, a ich książki osiągałyby takie nakłady i liczby wydań jak w przypadku Kapuścińskiego, gdyby złożyli swój podpis na jednym czy drugim kwicie, naskrobali parę raportów z uwzględnieniem informacji, że pewna pani jest brzydka i sypia z Murzynami, a inna źle wyraża się o władzach PRL?
Nie wiemy. I nigdy się nie dowiemy. To niewiele warte gdybanie. Równie bezwartościowe jak snucie hipotez, że bez współpracy nie byłoby Kapuścińskiego. Bo to znaczy tyle, że Kapuściński był dzięki współpracy. Paskudna hipoteza i dla pióra tego reportera niezwykle krzywdząca.




Komentarze
Pokaż komentarze (13)