130 obserwujących
435 notek
1452k odsłony
5881 odsłon

Między Panem (Kaczyńskim), Wójtem (Tuskiem) a Plebanem (Janke)

Wykop Skomentuj153

Zaprawdę, ogromna musi być wśród zwolenników i entuzjastów Prezesa PiS – ogromna i chyba dla niego niesprawiedliwa – niewiara w jego moc przekonywania, charyzmę i inteligencję, skoro tak gorliwie przekonują wszystkich, że nie powinien stawać do debaty z Donaldem Tuskiem. W samej rzeczy, ostatnie dni to prawdziwy karnawał argumentacji, przytaczanej przez działaczy i miłośników PiS: od profesora Zdzisława Krasnodębskiego, poprzez nadgorliwców Europosłów Wojciechowskiego i Kuźmiuka, po publicystę Krzysztofa Kłopotowskiego i wszystkich możliwych blogerów prawicowych, przeciwko debatom PiS-PO, a już zwłaszcza Kaczyński-Tusk.

Ponieważ naprawdę trudno jest argumentować przeciwko czemuś tak oczywistemu we współczesnej demokracji, jak debaty telewizyjne w kampanii wyborczej, argumenty PiS-owskie lokują się na szerokim spektrum od absurdalnych po groteskowe. Nie dostrzegając śmieszności, Prof. Krasnodębski mówi, że politycy PO naturalnie wypadają lepiej w telewizji – w domyśle, byłoby nie fair konfrontować ich z prezesem Kaczyńskim; byłby to jego zdaniem przejaw zwycięstwa postpolityki czy polityki wirtualnej nad rzeczywistą, jakby udostępnienie telewidzom wglądu w rozumowanie obu liderów w bezpośredniej konfrontacji ze sobą oddalało a nie przybliżało ich do opinii publicznej. (A propos argumentu „nie fair”, przypomina się antyczny dowcip-paradoks: pytano rozradowanego zwycięzcę w biegu olimpijskim: Czy byłeś lepszy od swych rywali? - Oczywiście, przecież wygrałem! - To z czego się cieszysz: że zwyciężyłeś z gorszymi od siebie?) Inni mówią o tym (to Europoseł Wojciechowski), że naturalnym forum takiej debaty jest Sejm, jakby rzeczywiście na miesiąc przed wyborami izba parlamentu była normalną agorą, na której toczą się deliberacje polityczne (abstrahując już od tego, że zdaje się Pan Prezes Kaczyński, podobnie zresztą jak i Premier Tusk, nie siedzą od rana do wieczora w Sejmie). Inni mówią, że Premier powinien najpierw przeprosić i wyspowiadać się – co oczywiście z góry przesądza naturę debaty, pozbawiając ją wzajemności i równości pozycji.

Najczęstsze jednak są argumenty, że debata taka będzie ustawiona, bo media są stronnicze, dziennikarze pro-rządowi, a „spin-doktorzy” i tak ogłoszą, że wygrał Tusk. Abstrahując od ostatniego punktu – który przecież zakłada, że Kaczynski żadnych utalentowanych spin-doktorów nie ma, a uczciwość debaty miałaby polegać na tym, że nikomu PO debacie nie będzie wolno jej skomentować – argumenty o nieuchronnej „ustawce” wyrażają nie tylko niewiarę w umiejętności Prezesa, ale także dodatkową niewiarę w umiejętności i inteligencję jego zespołu, który przecież będzie mógł wynegocjować z zespołem oponentów jak najbardziej neutralne i sprawiedliwe warunki debaty. Przyjąć, że takie wynegocjowanie jest ponad siły sztabu wybiorczego PiS dodaje jedną niewiarę w swoją partię do innych.

Zanim wysunę pewną konkretną propozycję – już zresztą zamarkowaną w tytule – kilka ogólniejszych tez o debatach przedwyborczych; tez wymienionych w kolejności od najbardziej banalnych do najbardziej kontrowersyjnych:

Po pierwsze – we współczesnej demokracji debaty telewizyjne między głównymi pretendentami do pozycji prezydenta albo w wyborach parlamentarnych stały się normalnym, rutynowym elementem procesu politycznego. Nie są czymś wyjątkowym: to ich brak jest odstępstwem od normy.

Po drugie – debaty telewizyjne nie są zastąpieniem innych form deliberacji politycznej (parlamentarnych, prasowych, przed sądami konstytucyjnymi itp.), ale jej ważnym uzupełnieniem. Do rozmaitych form instytucjonalizacji dyskursu dodają jeszcze jedną formę, rządzącą się własnymi prawami i regułami.

Po trzecie– debaty telewizyjne mają największą wartość dla tych kandydatów i partii, którzy nie mają (albo użalają się, że nie mają) równego dostępu do środków masowego przekazu – zwłaszcza elektronicznych. Tu mogą zdobyć darmową okazję wystąpienia przed wielką publicznością i to na warunkach, wynegocjowanych przez ich zespół. Najmniej przydatne są te debaty tym kandydatom, którym „mainstream” medialny i tak sprzyja. Niechęć do sformalizowanych debat telewizyjnych podważa wręcz wiarygodność zarzutów o dyskryminację w środkach masowego przekazu.

Po czwarte– debaty telewizyjne niosą co prawda ryzyko nadmiernej personalizacji wyborów (skupienie uwagi wyborców-widzów na cechach drugorzędnych, takich jak wygląd, ubranie, mimika, głos kandydatów itp) – ale nie w większym stopniu, a często w mniejszym, niż inne elementy kampanii, a w szczególności krótkie spoty telewizyjne czy billboardy.

Po piąte– ceteris paribus, debaty telewizyjne w zasadzie sprzyjają kandydatom opozycyjnym niż politykom ubiegającym się o reelekcję, czyli „underdogom” a nie rządzącym, gdyż bardziej nośne społecznie i telewizyjnie są zarzuty o niespełnienie wyborczych obietnic i o błędy i porażki w czasie ostatnich iks lat rządzenia niż zarzuty dotyczącego złego programu, z jaki przychodzi partia opozycyjna.

Wykop Skomentuj153
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale