Śmieszne i irytujące jest traktowanie rozmaitych zdarzeń publicznych, a szczególnie publicznych wypowiedzi, głównie z punktu widzenia tego, czy i w jakim stopniu łączą one lub dzielą Polaków. Oczywiście, jakiś wspólny "kod kulturowo-genetyczny" by się nam bardzo przydał, bo wiadomo: "zgoda buduje, a niezgoda - rujnuje". Ale...
Ale jest - i będzie - tak, że od chwili, gdy ponad 200 lat temu pojawiła się "Targowica" jako "konfederacja grabarzy I Rzeczypospolitej", zawiązana przeciez przez Polaków, "pod pieczą" naszych "ulubionych" sąsiadów, i gdy jej uczestmnicy czynili to, co czynili, przez zbieg okoliczności dziejowych, raczej bezkarnie, na zawsze skończyła się jedność narodowa Polaków, która przecież nie istniała również przed tym wydarzeniem.
Nawet dość sielankowy obraz polskiego społeczeństwa z "Pana Tadeusza", znakomicie namalowany przez naszego największego wieszcza, pokazuje zdrajców, miernoty, karierowiczów itp. - i tylko śladowo prawdziwych, skutecznych i świadomych patriotów; i tam "patriotyczna mobilizacja" Dobrzyńskich nastąpiła dzięki temu, że mieli "za wrogów" swoich polskich sąsiadów, a dopiero w drugiej kolejności rzucili sie na okupantów Moskali.
A jaki odsetek Polaków uczestniczył w najbardziej bohaterskich zmaganiach wojen z 1920-21, 1939 roku, czy w czasie niemieckiej i sowieckiej okupacji!
Za czasów Gierka, którego ekipa najbardziej konsekwetnie lansowała hasło "jedności moralno(sic!)-politycznej Narodu" - do PZPR należało ok. 3 mln. Polaków plus jakaś liczba do tzw. stronnictw sojuszniczych plus kilka milionów "komunistycznego narybku" w ZMS i SZSP (ta ostatnia organizacja za "moich" czasow jeszcze nie była nazywana "socjalistyczną" - zresztą w Polsce niechętnie używano podobnych przymiotników, a szczegolnie słowa - "komunistyczny", a takie skróty, jkak PCK czy PTTK w ogóle przezyły "komunę" bez żadnych nowych przymiotników.
Tak czy inaczej było u nas "dobre" kilka milionów mniej lub bardziej świadomych kolaborantów - także członków Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Żyją wsród nas dotychczas, tak samo, jak zyją ich potomkowie - o ile ich rodzice, jako "prawdziwi komuniści", nie wysłali ich gdzieś daleko na Zachód (raczej nie do Moskwy) - którzy, jak wykazują wyniki badań, na ogół podzielają postawy i sympatie swoich "rodziców-komuchów-kolaborantów"; nikt za te postawy i sympatie nie został ukarany, tak samo, jkak nie zostali ukarani "targowiczanie"...
No i "niech żyją!", bo przecież byli "tylko" (jedynie) wyznawcami błędnej czy nawet "obłędnej" i,. "okresowo"", zbrodniczej ideologii oraz odpowiadających jej struktur zła; niektórzy byli nawet, podobno, Wallenrodami...
Ale, na miłość boską, nie każcie tym, którzy w to nie "wdepnęli", by pozostawali z nimi w jakieś mitycznej jedności, szczegolnie że, jak mam okazję codziennie się przekonać, na ogół nie zmienili swoich postaw i sympatii; prawa psychologii, a szczególnie teoria dysonansu poznawczego, to wyjaśniają: mówiac po ludzku, trudno im sie przyznać, przed sobą i swoimi dziećmi, że się "ześwinili" czy "spsieli", wiec trwaja w swoch "poste[powych", "jedynie słusznych" miazmatach...
Ale myślę, że nawet oni rozumieją, że bez rachunku sumienia i pokuty - nie ma rozgrzeszenia! A przecież za ich kolaboracje i zdrade nie spotkała ich pokuta tylko nagroda; teraz żyje się im jeszcze lepiej niż za "ich komuny"...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)