Mam świadomość tego, że tą notką narażę się bardzo wielu Czytelnikom ale "raz kozie" (czy memu kalendarzowemu bykowi) śmierć" - napiszę, nie pierwszy raz, o tym, co mi leży na wątrobie...
Spędziłem moje długie wakacje w różnych miejscach: w Rabce i Gorcach, na Podhalu, nad morzem (Kaszuby) i na Mazurach. Główne moje wrażenie: wszędzie mnóstwo pieseczków, psiuni, piesków, psów, psisk, wypasionych brytanów, owczarków , wilczurów, chartów, huskich. Pełno ich na plażach, w barach, restauracjach, kawiarniach, sklepach (także spożywczych), w pociągach, a wygladają także z większości samochodów, o ile nie zostały jeszcze wyrzucone przez ich "panów" na drogę lub przywiązane do drzewa....
Oczywiscie, bardzo często hasają, również na plażach, bez smyczy, bez kagańca ani żadnych innych zabezpieczeń. Nie widziałem ani jednej interwencji policjantow czy strazników miejskich, choc przecież i jest odpowiednia ustawa, i kasę możnaby zgarnąć niemałą, a corocznie jest kilkaset ofiar pogryzienia przez psy, głównie dzieci, czasami smiertelnego. "Strażnicy porządku" wolą polować na kierowców. O ile nasza władza zaciska coraz silniej smycze na szyjach swoich obywateli i zakłada kagańce (ustawa o zgroimadzeniach, procesy za "szczekanie" na władzę lub celebrytów) - o tyle psy uzyskują, z dnia na dzień, coraz większą swobodę "hasania". Obdarzane są najwieksza czułoscią i opieką przez miliony psiareczek, psiarek, psiarków i przypadkowych opiekunów, którzy skłonni są z determinacją bronić je przed wszelkimi próbami ograniczania ich wolnosci. Gdy w pewnej restauracji zwrociłem właścicielce psa uwagę na niestosowność wprowadzania go do lokalu i pozostawiania bez smyczy (cuchnął z odległości ok. 6 metrów) - mało co nie stałem się ofiarą linczu ze strony obecnych konsumentów!
Im mniej jest w moim kraju dzieci - chyba już jest ich mniej niż psów, a ich utrzymanie kosztuje, och, kosztuje! - tym więcej przybywa czworonożnych "przyjaciół", "pociech", "milusińskich", itp. I panienki, i starsze panie przelewają całą swoją opiekuńczość i czułość na psiunie, pieski, pieseczki, itp., zaniedbując swoich partnerów, swoje dzieci i wnuki. Także spora ilość "paniczy", panów w "wieku poborowym", a także starszych panów chętniej wyprowadza na spacer psy niż dzieci czy wnuki. Psy stają się instrumentem budowania więzi społecznych, dość jednostronnych ale zawsze jednak - więzi; to w kapitaliźmie i gospodarce rynkowej jednak się liczy.
Jako socjolog jestem zafascynowany tym zjawiskiem "spsienia" moich współ-obywateli. Żyłem w bogatszych krajach (np. ok. 3 lat we Francji), a nie widziałem tam takiego nasilenia tego zjawiska. Czy to skutek braku więzi społecznych, w tym - rodzinnych,, braku czułości w stosunkach między ludźmi? Czy może jest to objaw pragnienia władzy, której ludzie mają u nas tak mało, a władza nad psem jest dość realna? U wielu Polaków posiadanie psa(ów) to snobizm, chęć popisania się zamożnością, pragnienie uznania i podziwu ze strony znajomych i/lub nieznajomych...
Ciekaw jestem, co się stanie z tym zjawiskiem w warunkach nasilającego się kryzysu gospodarczego; czy bieda osłabi zasygnalizowany proces?


Komentarze
Pokaż komentarze (10)