Rosyjska obecność wojskowa z dala od ojczystych granic, a nawet od "bliskiej zagranicy", poszerza się i wzbogaca o nowy wymiar. Po wizycie bombowców strategicznych w Wenezueli, rosyjska flota wojenna zapuszcza się na wody wschodnioafrykańskie. 23 września zapowiedziano "przyłączenie się do międzynarodowych starań na rzecz walki z piractwem u wybrzeży Somalii". Rosjanie chcą jednak działać na własną rękę. Wskazuje się, że ich rodacy często są członkami załóg statków uprowadzanych w tamtym rejonie.
Niejako potwierdzeniem tych doniesień* stała się informacja o porwaniu 25 września kolejnego statku, pod ukraińską banderą, na którego pokładzie znajdowali się m. in. Rosjanie. W ręce piratów, oprócz statku i załogi, dostały się 33 czołgi T-72, części zamienne i amunicja; towar ten był w drodze do Kenii [SPROSTOWANIE: w drodze do Sudanu, wg późniejszych doniesień - 29.09.2008]. Tym razem porwanie zaniepokoiło Amerykanów: według medialnych doniesień, porwany statek jest obserwowany przez niszczyciel USS "Howard". Tymczasem piraci porwali grecki tankowiec z 19-osobową załogą.
O somalijskim piractwie słyszymy nie po raz pierwszy. Rzecz cała rozgrywa się u wybrzeży państwa ogarniętego wojną domową, którego rząd - atakowany przez islamskich radykałów - wspierają siły zbrojne sąsiedniej Etiopii. Jej premier wyraził zaniepokojenie "poziomem piractwa" morskiego.
O wojnie w Somalii i problemie piractwa u jej wybrzeży mało się w Polsce mówi. A szkoda. Po pierwsze - jak widzimy - wiąże się ona w jakiś sposób (co prawda, dla Polski odległy i mglisty) z problemami polityki energetycznej, w tym wypadku z bezpieczeństwem transportu surowców. Po drugie, obywatel każdego państwa może się kiedyś znaleźć w sytuacji zagrożenia życia z powodu ataku piratów. Po trzecie, konflikt somalijski w dużym stopniu przypomina scenariusz afgański: ludność, zmęczona latami walk i przestępstwami watażków, z ulgą wita jako taki ład zaprowadzony pod szyldem islamu, po czym następuje zagraniczna interwencja i przewlekła wojna partyzancka oraz ataki terrorystyczne. Obawa przed powstaniem nowej "bezpiecznej przystani" dla Al-Qa'idy może z czasem skłonić także państwa zachodnie do wysłania swych wojsk do Somalii.
Na razie trudno spekulować, czy rosyjskie zaangażowanie militarne na wodach wschodnioafrykańskich przełoży się jakoś na wzrost wpływów politycznych w tamtym regionie. Jeszcze niedawno pisano o amerykańsko-francuskiej konkurencji w Afryce; dziś wydaje się, że żadna siła nie powstrzyma chińskiej ekspansji gospodarczej, związanej ze wsparciem dla miejscowych władz - niekoniecznie demokratycznie wybranych. Być może "drugą siłą" stanie się na kontynencie afrykańskim właśnie Rosja, spychając USA i państwa UE na dalsze pozycje.
* Według innej informacji, 26 września, po uprowadzeniu ukraińskiego statku, Rosja poinformowała o wysłaniu okrętu.


Komentarze
Pokaż komentarze