Na bezrobociu, wrzesień 1999.
Przyznaję, że powoli ale systematycznie zmieniało się moje spojrzenie na proces przekształcania gospodarki od gospodarki odgórnie, „ręcznie” sterowanej do gospodarki wolnorynkowej. Przed okresem przemian i na ich początku moje poglądy gospodarcze były liberalne. Wydawało mi się, że rynek stanowi panaceum na wszystko, że jest najlepszym regulatorem we wszystkich dziedzinach: gospodarczej, społecznej itp. Uważałem, że dzisiejsza gospodarka rynkowa, dzisiejszy kapitalizm ma już „ludzkie oblicze” i że przyjmie takie oblicze również w Polsce, że ludzie dorośli już do tego, by gospodarka rynkowa i wolna gra nie były w sprzeczności ze społeczną otwartością i solidarnością, z postawami pro-społecznymi i pro-państwowymi. Takie myślenie wydawało mi się racjonalnym, logicznym, a gra rynkowa jawiła się prawie jak przejrzysta, prosta gra matematyczna, wydawało mi się że funkcjonują w niej niezmienne jak w fizyce prawa. Przyznaję, że dość długo uważałem liberalne podejście za słuszne i dopiero z czasem pod wpływem obserwacji i własnych odczuć powoli je zmieniałem. Przyznaję, że uważałem, że ci którzy chcą większego zaangażowania państwa w procesy przekształceniowe, w ich kontrolę są przeczuleni, że wszędzie węszą spiski i nie ufają ludziom, grupom, środowiskom, społecznościom. Wydawało się, że rozwój gospodarczy przyniesie nieuchronnie coraz lepsze zaspokajania potrzeb społeczeństwa, całej wspólnoty. Dziś, wydaje mi się, że się myliłem, rzeczywistość skorygowała moje myślenie. Gospodarka jest poddawana tak wielu różnym czynnikom, różnym zakłóceniom, bodźcom, zależnościom, również tym spoza czystej ekonomi, że liberalne wyobrażenia o gospodarce okazały się zbyt uproszczone. Zresztą chyba nawet teoretyczne naukowe reguły mogą pomagać tylko w sterowaniu pewnymi procesami, pewnymi fragmentami gospodarki, natomiast konieczny jest w nią bieżący, ciągle na nowo podejmowany wgląd.
Dziś jestem już znacznie mniej liberalny. Z upływem czasu, w ciągu kolejnych lat życia w demokratycznej Polsce zmalała, a nawet chyba wyczerpała się moja ufność w to, że demokratyzacja i wolny rynek same w sobie spowoduje uzdrawianie i normalizację życia publicznego. Z perspektywy czasu przyznać trzeba, że poglądy polityczne i gospodarcze tych polityków, którzy uważali, że majątek narodowy jest zbyt łatwo i zbyt pośpiesznie przejmowany przez prominentów dawnej władzy i ludzi z układów i poglądy o zbyt gorliwym uleganiu zagranicznym naciskom były w dużej mierze zasadne. Szybkość prywatyzacji stała się fetyszem, za którym szły w parze bylejakość i beztroskość. Przede wszystkim wielkie reperkusje gospodarcze i społeczne spowodowało to, że byliśmy prymusami w zbyt mocnym zbijaniu inflacji i budowaniu zbyt silnej złotówki. Wszystko to spowodowało, że pod względem rozwoju gospodarczego jesteśmy w ogonie państw środkowej Europy. Przekonałem się, że zbyt trudny pieniądz, zbyt trudna ascetyczna gospodarka sprzyja drapieżności i bezwzględności tworzących ja podmiotów, bezwzględności i przestępczości w życiu społecznym. Politykom z różnych politycznych opcji, których łączy liberalne myślenie o gospodarce bardzo trudno jest się przyznać, że takie myślenie było obarczone choćby w części błędem. Dzisiejszy kapitalizm, przynajmniej ten w dzisiejszej Polsce nie różni się od tego z początków jego kształtowania się, jest tak samo bezwzględny i niesprawiedliwy. Egoizm, pazerność są podniesione dziś do wielkich, pożądanych cnót. Jakże często, ci którzy doszli do fortun dzięki cwaniactwu i hucpie, politycznym, ubeckim powiązaniom, a także dzięki nowym politycznym i towarzyskim układom, przez wykorzystywanie swoich pozycji zawodowych w likwidowanych państwowych i społecznych zakładach, mienią się dobroczyńcami, głoszą, że doszli do swych fortun dzięki swoim zdolnościom, zaradności i aktywności, że są niezastąpieni i że to oni dźwigają największe ciężary przemian, to oni są patriotami i przyczyniają się do rozwoju kraju. Widoczne „gołym okiem”: pazerność, rozpasaną konsumpcję i wyzysk innych tłumaczą przewrotnie i nieprawdziwie koniecznością inwestowania i tworzenia nowych miejsc pracy. Gdyby ta pazerność wynikała z chęci inwestowania i rozwijania swych firm byłaby pożyteczna, przynosiłaby wymierne społeczne korzyści, ale w wielu wypadkach jest ona podyktowana próżnością, chęcią pokazywania swego bogactwa, swojej władzy, swej pozycji w establishmencie, egoistycznymi potrzebami, chęcią życia w coraz to większym luksusie Tak naprawdę to, że część społeczeństwa żyje w skrajnej biedzie, że niektórzy przymierają głodem, że dzieci chodzą głodne do szkół zupełnie ich nie wzrusza. Zadufani, uważają się za niezastąpionych, to oni są dobrodziejami, którym należy się szacunek, poważanie i respekt. Oczywiście takie wielkopańskie, egoistyczne i schizofreniczne postawy są udziałem tylko części przedsiębiorców, urzędników, polityków, ludzi z dorobkiem. Jest bardzo wielu przedsiębiorców, ludzi establishmentu, uczciwych, którzy doszli do swoich fortun, do swoich pozycji ciężką, uczciwą pracą. Jest jednak prawie regułą, że im bardziej pokrętnymi, nieuczciwymi drogami ktoś doszedł do fortuny czy zawodowej i społecznej pozycji, tym głośniej mówi o swoich zasługach i tym mniejsza jest jego pro społeczna i pro państwowa otwartość. Coraz bardziej jestem skłonny do tego, by państwo wkraczało tam gdzie dzieje się zło, by przeciwdziałało tworzeniu się i rozwijaniu zła, by broniło pokrzywdzonych i by dbało o wszystkich swoich obywateli. Zresztą rozwój gospodarczy nie powinien być tylko celem samym dla siebie. Nie tylko suche wskaźniki, produkt globalny, stanowią o rozwoju cywilizacyjnym społeczeństwa.
Od państwa totalitarnego, w którym ograniczano do minimum wolność jednostek i grup, w którym hasło „sprawiedliwości społecznej” stanowiło alibi do zniewalania, do zbrodni na swych obywatelach, do szykan wobec niepokornych, inaczej myślących, przeszliśmy do państwa, w którym zanikły prawie zupełnie społeczna więź i solidarność, w którym hasła „wolności jednostek” i „prywatnej własności” (bez względu w jaki sposób zdobytej) stanowią alibi dla społecznej niesprawiedliwości, dla istnienia biedy i rzeszy odrzuconych i wyeliminowanych z korzystania z jakichkolwiek profitów gospodarczych przemian. Nauczanie Jana Pawła II: „Jedni drugich brzemiona noście” wzywające do społecznej solidarności zupełnie nie ma dziś posłuchu.
Nie jestem za odejściem w naszej polityce gospodarczej i społecznej od liberalizmu, od wolności gospodarczych podmiotów, za wprowadzaniem autorytaryzmu, chodzi mi o odejście od liberalizmu totalnego, który staje się doktryną, być może tak samo groźną jak inne myślenia doktrynalne. Chodzi o choćby tylko pewną dozę realizmu i praktycyzmu i współodczuwania.
Upłynie pewnie jeszcze dużo lat zanim wahadło postaw, ideologii, doktryn i społecznych relacji osiągnie środek, zanim nastąpi równowaga i normalność.
Komentarze
Pokaż komentarze