Książka jest w dzisiejszych czasach towarem sąsiadującym w supermarketach np. z makaronem dwu- lub czterojajecznym, szamponem przeciwłupieżowym w promocji do czasu wyczerpania zapasów magazynowych lub całkowitego wyłysienia klientów. Ostatnio Wojtek Cejrowski, jak przystało na prawdziwego „Gringo wśród dzikich plemion”, wylegiwał się obok hamaków, sześciopaków piwka i kolorowego stelażu z nakładkami wibracyjnymi Durex Play. Jak wiadomo. większość mniej lub bardziej dzikich plemion w naszej globalnej wiosce wyposażona w dzidy... przepraszam , to znaczy płatnicze karty kredytowe, poluje z zapałem na tłuściutkie promocje. Piwko, kwiecisty hamaczek, grające na naszych zmysłach gumki... Przyjemnie, miło i wygodnie, w cenie całkiem przystępnej.
Szkopuł w tym, że przyjemnie i tanio nie oznacza jednocześnie spełnienia naszych osobistych preferencji, upodobań i przyzwyczajeń. Szczególnie w zakresie literatury. Nie gustuję specjalnie w wampirach, szczególnie po atakach podczas joggingu na moje łydki i aortę szyjną małych, ale wściekle krwiożerczych bestii w Lesie Kabackim. Omijam więc szerokim łukiem długą półkę zawaloną bestsellerami Stephenie Meyer. Pozostawiam młodym, podnieconym dzierlatkom figlowanie z osiłkami z ciemnej strony mocy. No... gdyby może jakaś blond-wamp puszczała oko z którejś z okładek, to może bym ją i... przekartkował. Na kolejnej półce puszczają za to oko z „pijarowskim wdziękiem” nawiedzeni i pełni przesłodzonych frazesów politykierzy różnej maści. Wywiady rzeki, wspomnienia i zawodzenia, zamierzenia, wizje i prowizje (do ich kieszeni oczywiście). Kolejny szeroki łuk i z coraz mniejszą nadzieją zerkam na kolejne półki. Poradniki: jak osiągnąć karierę w dwunastu krokach, jak schudnąć dziesięć kilo w tydzień, opis metody jednoczesnego osiągania szczytu we dwójkę, a nawet we trójkę. Oczywiście Mount Blanc. Uciekam dalej i trafiam na trzystustronicową kuchnię azjatycką z doklejoną paczką błyskawicznej zupki chińskiej. Ponieważ wolę swojską ogórkową dałem sobie w końcu spokój z tą antyksięgarnią. Dorzuciłem do koszyka dwa makarony w cenie jednego, szampon chmielowy (pasował do sześciopaka „Wojaka”) i udałem się do kasy. Zapomniałem kupić gumki. Do żucia naturalnie. Chciałem już się cofnąć, ale przyszło mi do głowy , że w automatach oprócz Fanty i kawy ten asortyment też jest dostępny.
A książka z automatu? Zamiast bezskutecznie szukać swojej ulubionej, opędzając się wśród półek od natrętnych, napalonych wampirów, nachalnych political-pismacs, w oparach kuchni zza chińskiego muru można by było wystukać na specjalnej klawiaturze tytuł, autora i po kilkunastu minutach wyskakiwałaby pięknie oprawiona, której za nic nie uświadczysz w towarzystwie marketowym. Marzenie? Skąd! To fakt!
Espresso Book Machine wprowadzona przez firmę On-Demand-Books to coś, co zapewne wkrótce zrewolucjonizuje rynek księgarski i branżę wydawniczą (lub je z kretesem położy na łopatki). Jakiś czas temu w londyńskiej księgarni Blackwell’s ustawiono urządzenie wielkości dużej kopiarki. Obsługa bajecznie prosta – z komputerowej listy 400 tys. tytułów (ta liczba będzie rosła w postępie geometrycznym) wybieramy potrzebną pozycję, naciskamy guzik i czekamy. Otrzymujemy gotowy tom: wydrukowany błyskawicznie (105 stron z ilustracjami na minutę), oprawiony w kolorową kartonową okładkę, przycięty do poręcznego formatu. Koniec z wyczerpanymi nakładami, rozpaczliwym szukaniem po antykwariatach i księgarniach ukochanych książek. Na lotniskach, dworcach umili nam oczekiwanie mała czarna z jednego automatu, książka „wystukana” z sąsiedniego i coś tam jeszcze z innego. Zanim dojdziemy do wprawy z tymi manipulacjami możemy wrócić do poczekalni z jakimś zacnym Noblistą z pianką pod nosem i cappuccino owiniętą lakierowaną obwolutą. Może też się coś w systemie komputerowym urządzenia pomieszać i wyskoczy nam składanka: „Sztuki kochania” Owidiusza oraz Wisłockiej przedzielone fragmentami książki „Sztuka” Umberto Eco. Może być w przyszłości z tego przypadkowego egzemplarza biały kruk!
Miejmy tylko nadzieję, że kochliwe wampiry Stephenie Meyer i tym podobne osobniki nie zawładną bez reszty tym obszarem oferty kulturalnej. Że dla wielu znakomitości literackich też się znajdzie tutaj cichy kącik. A niech tam! Mogą być nawet przy „gumkach” Durex Play, bezcukrowej „żujki” Cool Mentos, niskokalorycznej Coca-Coli i chipsach o smaku bekonu. Wszystko dla ludzi. Nobliści też.



Komentarze
Pokaż komentarze