Pierwszy moje zetknięcie się z literaturą naścienną miało miejsce w wieku cielęco-pacholęcym. Nabazgrałem na murze wołami: „Koham Borzenkę” (korektę proszę o pozostawienie oryginalnej pisowni). Chciałem jeszcze coś dopisać, ale nakrył mnie na tym procederze dozorca – Gruby Bolo. Złapał za kark i wywrzeszczał w ucho – Zliżesz to gówniarzu własnym jęzorem! Ponieważ nie przepadałem za zaprawami-potrawami wapienno-piaskowymi, wywinąłem mu się z rąk jak piskorz i dałem dyla. Umiłowanie do joggingu mam do dziś, literaturę naścienną na dłuższy czas porzuciłem. Tym bardziej, że na drugi dzień pojawił się obok napis mojego konkurenta w zalotach do pięknej koleżanki z blond kucykami: „Głópi Piotrek, kawał gnoja, a Borzenka i tak moja!” (korekta – jak wyżej). Przebił mnie drań poetycko. A Bożenka dała nam obu kosza i robiła wielkie, maślane oczy do pewnego mięśniaka-dryblasa z piątej klasy, starszego o trzy lata.
Dwie dekady później podczas stanu wojennego, po doszlifowaniu umiejętności w zakresie ortografii, powróciłem na jakiś czas do sztuki naściennej, ale kierowała mną tym razem idea opozycyjno-rewolucyjna. Kiedyś wymalowaliśmy nawet z kumplem na całą szerokość pewnego bloku na warszawskich Bielanach: „Orła wrona nie pokona – Solidarność”. Następnego dnia zrobiło mi się trochę głupio, gdy tutejszy „Gruby Bolo”, klnąc pod nosem, w pocie czoła zmywał napis pod czujnym, groźnym okiem dzielnicowego. Od tego dnia skupiłem się wyłącznie, jako redaktor i publicysta, na zapisywaniu kolejnych ryz papieru na starej maszynie Olivetti, którą przechowuję do dziś, jak cenny skarb (gdy komputery padną albo nastąpi kryzys energetyczny, to odkurzę swoją wierną towarzyszkę).
Czy uwiecznianie naszych myśli, pozostawianie graficzno-malarskich śladów na ścianach, murach, skałach jest formą sztuki, czy – jakby to z pewnością określił „Gruby Bolo” – wandalizmem. Zanim odpowiemy na to pytanie, trzeba by sięgnąć do sztuki naskalnej pozostawionej przez naszych dalekich przodków. Analizując rysunki, malowidła sprzed tysięcy lat odkrywane w licznych jaskiniach, zastanawiałem się nad pierwszym, dziewiczym pociągnięciem palcem, a może patykiem, na skalnym, chropowatym podłożu. Co skłoniło naszego praojca, by wieczorem (tak to sobie wyobrażam), po spożyciu upieczonego nad ogniem udźca (czyjego, lepiej nie wnikajmy), dokonaniu aktu prokreacji z towarzyszką lub towarzyszkami życia (dzięki czemu możemy dzisiaj uganiać się po jaskiniach-hipermarketach za udźcem w puszce w super promocji), by w końcu wstał, podszedł do ściany i nakreślił pierwszy znak, następnie drugi, trzeci i kolejne. Za tym poszły eksperymenty z barwnikami z roślin, purpurą, błękitem, karbonem... Przetrwały do dziś. Sztuka to czy wandalizm? A może po prostu odwieczna potrzeba wyrażania myśli, wewnętrznej ekspresji, refleksji nad otaczającym nas światem, za otworem jaskini, za oknem – wyjścia poza stały schemat rządzący ewolucją: „konsumpcja – wydalanie – rozmnażanie”.
W jednej z jaskiń malowidła podpisane są... odciskami dłoni artysty, czy też artystów. Przetrwały tysiące lat, można dzisiaj zbliżyć do nich dłonie, dotknąć, nawiązać szczególny, wręcz metafizyczny kontakt z naszymi praprzodkami. Może nasza dzisiejsza potrzeba rysowania, pisania, pozostawiania śladów na ścianach, murach, skałach, to odruch atawistyczny?
Tego typu napisy charakteryzują się, podobnie jak w innych „środkach masowego przekazu”, zróżnicowanym poziomem intelektualnym. Obok rynsztokowych, kloacznych, są i takie, które zapadają głęboko w pamięć, a nawet inspirują, jak choćby reżysera Krzysztofa Zanussiego do nakręcenia filmu pod tytułem wziętym niemal dosłownie „ze ściany” – „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” (w oryginale: „Życie to jest śmiertelna choroba...”)
Kilkanaście lat temu, jadąc szarym świtem miejskim autobusem, przeczytałam na brudnym, liszajowatym murze napis: „Przepraszam, że się urodziłem. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy!”. Pierwszą myślą, która przemknęła mi przez głowę było sarkastyczne – „Nie jest to zapewne wyznawca reinkarnacji”. Później przyszła zaduma i refleksja – co skłoniło tego człowieka, by wyjść z domu i uwiecznić na ścianie tę myśl, pozostawić rozpaczliwe wołanie w szarej przestrzeni miasta? Kim jest? Czy jest...? A może był...? Znak, jak ten odcisk dłoni w prastarej jaskini... Tajemnica ludzkiej egzystencji, skryta w zimnej, szorstkiej, szarej płaszczyźnie...
Temat sztuki naskalno-naściennej rozważałem jakiś czas temu z moim przyjacielem. Kiedy wspomniałem mu o tych szczególnych „przeprosinach za życie” zainteresował się, w którym dokładnie to było miejscu. Kiedy zlokalizowałem precyzyjnie budynek, pokiwał z zadumą głową i powiedział – Tam obok jest teraz siedziba dużego banku... cholera! Znam to miejsce. Milczał przez jakiś czas, w końcu wycedził przez zęby – Wiesz co, zakradnę się tam w nocy i „wykrzyczę” na całe miasto taki napis: „Przepraszam, że wziąłem tutaj kredyt! Obiecuję, że więcej się to nie powtórzy!”.
Miałem sen – za dwieście, trzysta lat homo sapiens z dużą głową, wyłupiastymi, przekrwionymi oczami, długimi górnymi kończynami zakończonymi pająkowatymi palcami, zapadniętą klatką piersiową, wstaje od komputera. Z trudem odrywa się od wszechpotężnej wirtualnej sieci oplatającej wszystkich i wszystko, gdzie słowo jednostki w zapisie cyfrowym jest tylko nic nie znaczącą mikrokropelką w oceanie bełkotu. Wychodzi ze swojej betonowej dziupli i rozgląda po okolicy. Udaje się do pierwszej lepszej jaskini daleko za miastem. Rozpala ognisko, zagryza zmodyfikowanym genetycznie udźcem, dokonuje prokreacji przez klonowanie (jego strata), następnie bierze patyk, zanurza w popiele i zamyślony podchodzi do dziewiczej, szarej ściany... Obudziłem się... Ciekawe, co napisał?
Fragment mojej książki pt. "Czy tędy na wyspy szczęśliwe..."



Komentarze
Pokaż komentarze