Piotr St. Król Piotr St. Król
626
BLOG

Wenus z Milo na wybiegu

Piotr St. Król Piotr St. Król Kultura Obserwuj notkę 12
Okaleczona Wenus z Milo spoglądająca na nas w paryskim Luwrze zachwyca i pobudza wyobraźnię. Zachwyca kobiecą miękkością kształtów, kanonem urody tak odmiennym od dzisiejszych trendów, gdzie na wybiegach światowych pokazów mody królują wychudzone, anorektyczne modelki. Pobudza wyobraźnię, bo nie wiemy, jakie miała ręce, dłonie – czy coś w nich trzymała: pomarańcze, gałązkę oliwną, a może po prostu jej długie subtelne palce coś wskazywały, jakieś szczególne miejsce na greckiej wyspie w archipelagu Cyklady.
Czas, w którym żyjemy, to czas panowania kultu młodości, ściśle określonych wzorców urody, gdzie królują: centymetr, waga łazienkowa, tablica przeliczeń kalorycznych. Zastanawiam się czasem, czy nie należałoby nazwać tego zjawiska „terrorem lalki Barbie”, którego ofiarami stają się tysiące młodych kobiet, a także – w co trudno uwierzyć – mężczyzn, którzy doprowadzają swoje organizmy do krańcowego wycieńczenia i często śmierci. Pozostają po nich: centymetr, waga, tablica przeliczeń kalorycznych...
To powszechne zjawisko kultu młodości, urody (czyżby?) tak naprawdę nie służy dobru człowieka. Przede wszystkim służy: koncernom farmaceutycznym, kreatorom mody, producentom żywności (niskokalorycznej!) i preparatów odchudzających, no i oczywiście chirurgom plastycznym. Ostatnio media informowały, że wstrzykiwanie botoxu (środek na wygładzanie zmarszczek) będzie można sobie zażyczyć w... hipermarkecie, pomiędzy np. zakupem zgrzewki Coca-Coli Light w super promocji i szamponu przeciwłupieżowego. A propos mediów – te to już żyją z tego całego „kultu” doskonale. Koniunktura się kręci. A że są ofiary? No cóż, pogoń za zyskiem, za kolejnymi miliardami na koncie firm to gra bezwzględna. Słabsi giną...
Jakiś czas temu zobaczyłem na wybiegu podczas pokazu mody... Wenus z Milo. Nie dosłownie oczywiście, ale takie miałem skojarzenie, gdy przepiękna dziewczyna sunęła z gracją po wybiegu na... wózku inwalidzkim. Wraz z nią w pokazie uczestniczyło wiele innych, niepełnosprawnych osób. Uśmiechniętych, pełnych gracji i uroku. Każda z nich inna, nie ze sztancy „lalki Barbie”. Muszę przyznać, że w pierwszym momencie miałem mieszane uczucia. Przeszła mi przez głowę myśl, że to jakaś kolejna manipulacja, że to tylko gra reklamowa jakiejś firmy, która w ten sposób chce coś zyskać, więcej zarobić, a może i zaszokować. Bardzo szybko dotarło do mnie, że stało się coś bardzo ważnego. Coś, co przełamuje terror unifikacji wizerunku współczesnego człowieka. Każdy z nas jest przecież inny, każdy ma wady i zalety, ma oprócz ciała i duszę, bogate wnętrze. W tym szalonym pędzie za wymiarem 90-60-90 i zerowym wymiarem indywidualności nagle pojawiły się dziewczyny, kobiety, które przełamały nie tylko swój własny opór, ale również niebezpieczny trend pogoni za ideałem, którego tak naprawdę nie ma. Jest tylko sztuczna kreacja, fantom naszych czasów – stojący na wadze łazienkowej, z centymetrem w ręku i z przerażoną twarzą, bo za dużo o jeden centymetr, o kolejny kilogram...
Po pokazie mody, gdzie brały udział niepełnosprawne modelki, miałem okazję wysłuchać wywiadów z niektórymi z nich. Najbardziej zapadła mi w pamięć wypowiedź takiej bardzo malutkiej o przemiłej, ciepłej, z pełną wyrazu twarzą: „Ja jestem taką samą kobietą, jak każda inna, chcę być lubiana, chcę być kochana, uwielbiam śmiać się, bawić...”.
Zobaczyłem Wenus z Milo na wybiegu... Zobaczyłem piękne dziewczyny, urocze kobiety, eleganckie, pełne wdzięku, seksapilu. To nie były sztuczne „lalki Barbie”. To były niepełnosprawne modelki, przywracające wiarę i nadzieję nie tylko im samym. Także i nam wszystkim.

Ciekawy świata i ludzi, obserwujący wszystko lekko "z ukosa"...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Kultura