Miałem ciekawą rozmowę z b. oficerem LWP, który był pracownikiem wywiadu wojskowego. Mówił mi, że na kilka tygodni przed zamachem na papieża na jego biurko trafił meldunek od jakiegoś agenta zainstalowanego w ciepłych krajach informujący, że w najbliższym czasie Szare Wilki dokonają zamachu na papieża, w którym weźmie udział 2-3 członków tej organizacji. W meldunku tym znalazło się ponoć pośrednie wskazanie na zleceniodawcę mordu („wielkiego brata”). O ile pamiętam mój rozmówca wspomniał, iż włożył meldunek o planowanym zamachu do sejfu, aby przekazać go niezwłocznie wyżej, drogą służbową, ale wcześniej musiał dokonać analizy tej informacji, ocenić ją, etc. I stało się coś dziwnego. Informacja znikła następnego dnia z jego sejfu.A wiec mój rozmówca nie nadał jej biegu. Później oficer ten wyjechał na placówkę zagraniczną i tam mówił o tej sprawie (jeszcze za PRL-u oczywiście i oczywiście konfidencjonalnie) ze swoim włoskim odpowiednikiem. Najwidoczniej KGB przechwyciło te rozmowy i ów oficer został odwołany do kraju. Jego zwierzchnicy zdziwili się, że w ogóle wrócił. Potem maglowano go w śledztwie kilka miesięcy na ten temat, ale w ogniu setek krzyżowych pytań nigdy nie padło to najważniejsze, dotyczące zleceniodawcy zamachu. Nasz oficer już po latach w wolnej Polsce spotkał się z nuncjuszem apostolskim i opowiedział mu o tej sprawie. B. wywiadowca miał wyrzuty sumienia, że nie zadziałał odpowiednio, że nie zrobił wszystkiego, aby zapobiec, ostrzec. Watykański hierarcha "pocieszył" naszego oficera, że papież był poinformowany o przygotowywanym zamachu na jego życie. Potwierdzenie tej kwestii usłyszałem już po rozmowie z b. oficerem wywiadu z ust b. dobrze zorientowanego b. polskiego dyplomaty mającego szerokie znajomości w Watykanie.Cóż mogłem jako prowincjonalny dziennikarz ucznić z tak sensacyjną informacją? Właściwie mogłem ją jedynie zatrzymać dla siebie w postaci niezwykłego depozytu dotyczącego jednej z największych sensacji naszej najnowszej historii. Przecież mój znajomy nie zechciałby jej z pewnością wówczas upublicznić w postaci autoryzowanego wywiadu, na co wskazuje zresztą chęć pozostawania nadal w cieniu. Tajemnica ta została mi zresztą przekazana w sposób niejako bardzo osobisty i nawet uznałem, że pytanie mojego rozmówcy o ewentualne upublicznienie jego zwierzeń byłoby niestosowne. A może chodziło też o względy własnego bezpieczeństwa?
Przypuszczam, że sekret ten ciążył mojemu znajomemu (myślę, że jest to człowiek wrażliwy i prawy) tak bardzo, a nawet był na tyle dolegliwy i dotkliwy, że jednak zdecydował się powierzyć go śledczym z IPN-u . Nie mam najmniejszej wątpliwości, że relacja jego jest prawdziwa. Sam nie bardzo wiedziałem, co z nią zrobić i też w jakimś sensie wiedza ta była dla mnie pewnym psychicznym obciążeniem. Stąd też z wielką radością i nawet ulgą czytałem materiał zamieszczony we „Wprost”. Myślałem niekiedy o powiadomieniu o tym „depozycie” IPN-u, ale z drugiej strony czułem się niejako związany tajemnicą, z której mi się zwierzył dawny przasnyski wojskowy. Próbowałem kiedyś wysondować, jak moi znajomi, dziennikarze, którzy pracują w prasie ogólnopolskiej zareagują na jego rewelacje. O dziwo wcale nie byli nimi zainteresowani. Uznali zapewne, że to co im mówiłem o rozmowie z b. pułkownikiem wywiadu to po prostu konfabulacje prowincjusza.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)