Mariusz Bondarczuk Mariusz Bondarczuk
90
BLOG

DEPOZYT

Mariusz Bondarczuk Mariusz Bondarczuk Polityka Obserwuj notkę 3
Rewelacje, które przynosi ostatni  numer  „Wprost” na temat zamachu na Jana Pawła II, słyszałem w połowie 2005 roku .....od tego samego niewymienionego z nazwiska pułkownika wywiadu, na którego powołuje się wspomniany tygodnik.  Służył on niegdyś w przasnyskiej jednostce rozpoznania, czyli wywiadu radioelektronicznego i jak wielu tamtejszych zawodowych żołnierzy wżenił się w Przasnysz (ale już dawno stąd wyjechał) pojmując za żonę „zabramiankę”, jak w gwarze dzieciaków z wojskowego osiedla nazywano  wszystkich, którzy mieszkali poza jego obrębem.Dwa lata temu przygotowywałem publikację: „Misjonarze i Barbarzyńcy” (niedawno się ukazała: www.mib.przasnysz.com) poświęconą codziennemu  życiu przasnyskiego ogólniaka w latach 1923-2005. Poszukiwałem informacji związanych ze szkołą, a wspomniany oficer dysponował akurat szczegółową wiedzę o jednej z interesująych mnie potsaci.  Kiedy skończylismy rozmowę na jej temat, usłyszałem historię, której wielka sensacyjność nie ulegała dla mnie  wątpliwości.  Nie wiem dlaczego ów pułkownik akurat mnie zwierzył się z tych rewelacji. Być może coraz trudniej żyło mu się z tą tajemnicą i gdy miał stosowną okazję uchylał od czasu do czasu jej rąbka. Nie sądzę, abym był jedyną osobą, którą dopuścił do swoich tajemnic, zanim zgodził się wystąpić w roli świadka przed prokuratorami IPN. Oto co zanotowałem dwa lata temu po tym spotkaniu:

Miałem ciekawą rozmowę z b. oficerem LWP, który był pracownikiem wywiadu wojskowego. Mówił mi, że na kilka tygodni przed zamachem na papieża na jego biurko trafił meldunek od jakiegoś agenta zainstalowanego w ciepłych krajach informujący, że w najbliższym czasie Szare Wilki dokonają zamachu na papieża, w którym weźmie udział 2-3 członków tej organizacji. W meldunku tym znalazło się ponoć pośrednie wskazanie na zleceniodawcę mordu („wielkiego brata”). O ile pamiętam mój rozmówca wspomniał, iż włożył  meldunek o planowanym zamachu do sejfu, aby przekazać go niezwłocznie wyżej, drogą służbową, ale wcześniej musiał dokonać analizy tej informacji, ocenić ją, etc. I stało się coś dziwnego. Informacja znikła  następnego dnia z jego sejfu.A wiec mój rozmówca nie nadał jej biegu. Później oficer ten wyjechał na placówkę zagraniczną i tam mówił o tej sprawie (jeszcze za PRL-u oczywiście i oczywiście konfidencjonalnie) ze swoim włoskim odpowiednikiem. Najwidoczniej KGB przechwyciło te rozmowy i ów oficer został odwołany do kraju. Jego zwierzchnicy zdziwili się, że w ogóle wrócił. Potem maglowano go w śledztwie kilka miesięcy na ten temat, ale w ogniu setek krzyżowych pytań nigdy nie padło to najważniejsze, dotyczące zleceniodawcy zamachu. Nasz oficer już po latach w wolnej Polsce spotkał się z nuncjuszem apostolskim i opowiedział mu o tej sprawie. B. wywiadowca miał wyrzuty sumienia, że nie zadziałał odpowiednio, że nie zrobił wszystkiego, aby zapobiec, ostrzec. Watykański hierarcha "pocieszył" naszego oficera, że papież był poinformowany o przygotowywanym zamachu na jego życie. Potwierdzenie tej kwestii usłyszałem już po rozmowie z b. oficerem  wywiadu z ust b. dobrze zorientowanego b. polskiego dyplomaty mającego szerokie znajomości w Watykanie.Cóż mogłem jako prowincjonalny dziennikarz ucznić z tak sensacyjną informacją? Właściwie mogłem ją jedynie zatrzymać dla siebie w postaci niezwykłego depozytu dotyczącego jednej z największych sensacji naszej najnowszej historii. Przecież mój znajomy nie zechciałby jej z pewnością wówczas upublicznić w postaci autoryzowanego  wywiadu, na co wskazuje zresztą chęć pozostawania nadal w cieniu. Tajemnica ta została mi zresztą przekazana w sposób niejako bardzo osobisty i nawet uznałem, że pytanie mojego rozmówcy o ewentualne upublicznienie jego zwierzeń byłoby  niestosowne.  A może chodziło też o względy własnego bezpieczeństwa?

 

Przypuszczam, że sekret ten ciążył mojemu znajomemu (myślę, że jest to człowiek wrażliwy i prawy)  tak bardzo, a nawet był na tyle dolegliwy i dotkliwy, że  jednak zdecydował się powierzyć go śledczym z IPN-u . Nie mam najmniejszej wątpliwości, że relacja jego jest prawdziwa. Sam nie bardzo wiedziałem, co z nią zrobić i też w jakimś sensie wiedza ta była dla mnie pewnym psychicznym obciążeniem. Stąd też z wielką radością i nawet ulgą czytałem materiał zamieszczony we „Wprost”.  Myślałem niekiedy o powiadomieniu o tym „depozycie”  IPN-u, ale z drugiej strony czułem się niejako związany tajemnicą, z której mi się zwierzył dawny przasnyski wojskowy.  Próbowałem kiedyś wysondować, jak moi znajomi, dziennikarze, którzy pracują w prasie ogólnopolskiej zareagują na jego rewelacje. O dziwo wcale nie byli nimi zainteresowani. Uznali zapewne, że  to co im mówiłem o rozmowie z b. pułkownikiem wywiadu to po prostu konfabulacje prowincjusza.   

Moja maksyma (zasłyszana w okolicach Przasnysza):Kto prawdę mamrze ten się głodu namrze.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka