Mariusz Bondarczuk Mariusz Bondarczuk
448
BLOG

Na Wielkanoc piekło staje

Mariusz Bondarczuk Mariusz Bondarczuk Polityka Obserwuj notkę 3
O północy, która oddzielała karnawał od okresu postu, kościelny Wincenty Czarzasty (1881-1963) biciem w dzwony obwieszczał w Przasnyszu Środę Popielcową, a tym samym siedmiotygodniowy okres oczekiwania na Święta Wielkiej Nocy. Co było robić. Muzykanci brali dudy w miech, a jeżeli ktoś miał jeszcze kęs kiełbasy lub szynki w ustach, to winien był go natychmiast wyjąć i chwycić za dzwonko śledzia, które przygotowały na tę okazję zapobiegliwe gospodynie.
Stąd często ostatnią zabawę w karnawale nazywano „śledzikiem".

Wybijanie półpościa

Przez trzy dni w każdym tygodniu postu obowiązywał zakaz spożywania potraw i tłuszczów zwierzęcych. Po upływie połowy tego okresu gospodynie wygotowywały w mieszaninie popiołu (drzewnego) i wody te garnki, w których przyrządzały mięso, aby broń Boże w jakiejś krawędzi nie pozostała odrobina tłuszczu.

Połowa postu obwieszczana była przez chłopców, swoistym „wybijaniem półpościa". Przychodzili oni do mieszkań i rzucali przez próg stare garnki napełnione popiołem krzycząc ile sił: "Półpościeeee!!!". Następnie brali nogi za pas, bo domownicy - ma się rozumieć - nie zachwycali się taką wizytą. Któż dzisiaj pamięta popularną niegdyś zagadkę: „Raz na rok/ Staję, w ozdobnej szacie/ Ludzi bawię/ Boga sławię/, Czy mnie poznacie?

Przed Wielkim Tygodniem wszystkie podwórka zastawione były stołami, szafami, łóżkami i rozmaitymi, jak to kiedyś nazywano, „bebechami". Trwały wielkie porządki. Bielono izby, krawężniki ulic, a także fasady domów. Miały być zmienione „nie do poznania”. Podobny widok ujrzeć można było w tym okresie przed domami zamieszkałymi przez Żydów, którzy przygotowywali się do święta pesach.

U katolików odbywało się również tzw. „czyszczenie dusz". Masowo uczęszczano na wielkopostne rekolekcje. Dzieci i młodzież  zwalniano z tej okazji na trzy dni ze szkoły (zwyczaj ten wrócił po 1989 roku),
a kilkudziesięciu mężczyzn udawało się na tydzień do klasztoru ojców pasjonistów i tam uczestniczyli oni w specjalnych rozważaniach i naukach religijnych.

Pod znakiem szynki
Wiele uwagi zwracano na przygotowanie potraw. Na każdym świątecznym stole musiała być szynka. Świnie hodowane były powszechnie, niemal na każdym przasnyskim podwórku. Zabijano je na Boże Narodzenie, ale szynkę marynowano i zostawiano na Wielkanoc. Zaopatrzenie w wyroby wędliniarskie było znakomite. Pieczono wielkie babki i placki z taką ilością tłuszczu, żeby jeszcze 2 tygodnie po świętach były dobre.

W domu moich dziadków na ul. Świerczewo nie kraszono pisanek.
Babcia Władysława Nizielska (1878-1970) gotowała jaja w łupinach od cebuli i tym sposobem skorupki zabarwiały się na czerwono.
Święcone noszono w chusteczkach lub koszyczkach do kościoła.
Na wsiach natomiast księża jeździli od wsi do wsi i tam pokrapiali
stoły bogato zastawione do świątecznego ucztowania. Od „półpościa" mięsa już prawie nie spożywano. W Wielki Piątek obowiązywał ścisły post. Dawało się odczuć coraz większe religijne napięcie.

Na groby
W Wielką Sobotę ludzie odwiedzali całymi rodzinami wielkanocne groby. Można było zobaczyć wszystkich - i żebraka, i starostę.
Warty przy grobach trzymali przede wszystkim strażacy, ale także członkowie różnych organizacji. Wystrój tych miejsc przypominał grotę w skale, którą imitował specjalny rodzaj papieru. Przed Grobami Pańskimi ustawiano mnóstwo zielonego, zwanego „bożą trawką" przynoszoną przez parafian. Gdy widziano chłopaka i dziewczynę razem odwiedzających groby, szeptano: „Pewnie «spadną» niebawem z ambony”.

„Wielkanoc jest tak wielkim świętem - mawiał mój dziadek Paweł Nizielski (1882-1941), iż wtedy piekło staje i dusze tam cierpiące, mają odpoczynek". Nawet ci, których nikt przez cały rok nie ujrzał w kościele, przybywali na rezurekcję i bili się w piersi, żałując za grzechy. A w pierwszy dzień Świąt z uwagi na to, że nawet w piekle ustawały wszelkie prace, nie wolno było nic gotować. Posilano się zimnymi przekąskami, jajami i ciastami.

Rezurekcyjne wiwaty
Jeżeli ktoś chciał, mógł uczestniczyć aż w trzech nabożeństwach
rezurekcyjnych. Pierwsze odprawiano o godz. 21-ej w kościele sióstr Kapucynek (czyli „u mateczek"), następne o drugiej w nocy u Pasjonistów (czyli „u ojców"), a trzecie o wschodzie słońca w kościele farnym. Podobnie jest i dziś, tyle, że pora nabożeństw w kościołach klasztornych została przeniesiona na nieco wcześniejsze godziny.
Pora rezurekcji w kościele św. Wojciecha (zwanego niegdyś farnym)
pozostała do czasów nam współczesnych.

Na tę poranną, bardzo uroczystą mszę przyjeżdżali rolnicy wozami konnymi z okolicznych wsi. Ulica Kościelna, Rynek i ul. Joselewicza zastawione były szczelnie tymi pojazdami, a na ul. Królewieckiej (dziś św. Stanisława Kostki) stały one po obu stronach jezdni, aż do Szosy Chorzelskiej (dziś ul. Słowackiego). Po rezurekcji odbywał się bieg do furmanek, bryczek, wolantów, bo panowało przekonanie, że pszenica najlepiej obrodzi u tego, kto pierwszy dojedzie do swojej wsi. Niestety po koniach pozostawały na miejscu ich postoju duże ilości nawozu, którego nikt w czasie świąt nie sprzątał. Stąd też okolice kościoła Św. Wojciecha nie były miłe i dla oczu i dla nosa.

Już w Wielką Sobotę wieczorem rozlegały się w mieście wielkie huki. Chłopcy strzelali z kalichlorku, który aptekarz Alfred Kamiński (?-1968) sprowadzał specjalnie przed Wielkanocą. Podczas procesji rezurekcyjnej mężczyźni strzelali na wiwat z pistoletów. Mój dziadek Paweł Nizielski posiadał długi rewolwer, nagan i trzymał się jak najbliżej baldachimu. Ksiądz Józef Piekut (1864-1946) bywał często bardzo wystraszony niespodziewanymi wystrzałami, które rozlegały się tuż koło jego uszu.

Rzeczna woda zdrowia doda
Ludowe wierzenia związane ze szczególną w okresie Świąt Wielkanocnych mszą rezurekcyjną odnosiły się do rzekomo uzdrawiających w owym czasie właściwości wody płynącej w rzece Węgierce. Moja matka opowiadała mi w dzieciństwie, iż jej znajoma udała się kiedyś (a był to początek lat 50. XX w.) o wielkanocnym poranku nad rzekę, aby w momencie, kiedy będą biły dzwony w kościele OO. Pasjonistów zaczerpnąć wody, którą następnie przemywała sobie ropiejące oczy. Efekt tego zabiegu był
podobno pozytywny.

Ten przesąd utrzymywał się jeszcze dłużej, bo moja żona jako mała dziewczynka była wysyłana kilka lat pod rząd przez swoją matkę nad rzekę Węgierkę, aby natrzeć sobie wodą odkryte powierzchnie ciała w tym momencie, kiedy nieopodal w kościele farnym będą biły dzwony. Malutka Ewa pluskała się zatem z lekka pod mostem (uważając przy tym na dość liczne jeszcze wówczas pijawki, których się bardzo bała), gdy tymczasem świątynię
obchodziła po trzykroć rezurekcyjna procesja.

Jak do tej pory moja małżonka cieszy się znakomitym zdrowiem, choć nie łączy tego stanu z tamtymi profilaktycznymi wielkanocnymi ablucjami. Ostatnie poświadczone tego rodzaju praktyki odbywała jeszcze na początku lat 90 XX w. moja siostra Liliana, która przyznaje jednak, że ich efekty były zerowe. Warto nadmienić, iż
Przasnysz w okresie przedwojennym, ale też i po II wojnie był miejscem, gdzie ilość zachorowań na tyfus nosił znamiona epidemii.
Szczególnie narażeni na tę chorobę byli przybysze, którzy nie wychowywali się tutaj, a więc nie mieli styczności także jako dzieci z dalekim od czystości nurtem rzeki Węgierki „zasilanym” do dziś miejskimi i wiejskimi ściekami. Aż po lata 70. stale sączyła się do rzeki zielonkawa „treść” z miejscowego szpitala.

Rycynowe pogotowie
Wielkanocą, jak wiadomo, była i jest moda na jajka. „Odbijano" sobie wówczas za cały post i objadano często ponad miarę.
Jeżeli ktoś zjadł np. 20 zimnych na twardo, mógł się „zatkać".
Z tego powodu po rezurekcji pojawiała się na jednym z rogów w Rynku kobieta znana z tego, że tylko w tym dniu sprzedawała z wiadra olej rycynowy, „na rozlew" do garnuszków. Na Święta Wielkanocne przyrządzany był specjalny napój z owoców jałowca zwany piwem kozicowym. Raczono się szynką, kiełbasą, pasztetem i innymi wyrobami z mięsa, a także ciastami. Niedziela spędzana była w gronie rodzinnym.

 
Z Wielkanocą związany był zwyczaj budowania wysokich, drewnianych huśtawek, na których mogły się bujać jednocześnie i po dwie osoby. Po południu szło się za miasto, aby obserwować zachód słońca. Dziadek Paweł mawiał, że słońce tego dnia drga 
i podskakuje z radości dlatego, że Pan Jezus zmartwychwstał.
Wszyscy, którzy to obserwowali, byli przekonani, że tak faktycznie się dzieje. Modlili się, żegnali i patrzyli w skupieniu na znikającą za horyzontem ognistą tarczę.

Śmigusowi domokrążcy
Lany poniedziałek był uciechą i dla starych i dla młodych. Polewano się wodą i w mieszkaniach i na ulicy. Biedniejsi, a jednocześnie chcący zachować pewien umiar i elegancję w polewaniu (byli tacy śmigusowi domokrążcy) przygotowywali częstokroć perfumy ze skórek od pomarańczy, bo prawdziwe sporo kosztowały. Częstowano ich różnymi wiktuałami ze świątecznego stołu i stawiano kieliszek czegoś mocniejszego.
Do etatowych polewaczy należał Wicek zwany Słomianką (właściwie Wincenty Zalewski), który utrzymywał się z wyrobu słomianych wycieraczek, a także plecionych z tataraku, zwanego u nas rogozą. Z powodu wrodzonej wady miał kłopoty z chodzeniem. Szurał mocno podeszwami solidnie wyglądającego obuwia o podłoże i był jedną z bardziej charakterystycznych postaci w miasteczku na przestrzeni ostatniego półwiecza.
Nasz dom z samego rana w lany poniedziałek nawiedzał obowiązkowo Dyzio (Stefan Dyszewski), zwany niekiedy zimnym chirurgiem, bo pracował w szpitalnej kostnicy. Rozsiewał nad moja mamą, która często była jeszcze w łóżku, mocno przytępioną woń bardzo już ochrzczonych perfum, którymi raczył się pewnie po drodze. Tata dawał mu za tę posługę 5 zł.

Młodzi byli często bezlitośni i na dziewczynach nie zostawiali suchej nitki. Nie wszystkie broniły się jednak przed strumieniami wody, gdyż wierzyły, że jak je dobrze poleją, to jeszcze w tym roku mogą liczyć na zamążpójście. Było to ważne zwłaszcza dla biednych dziewcząt, bez posagu, które nie mogły spodziewać się czegoś więcej niż posady służącej w polskim czy żydowskim domu, albo dorywczej pracy w polu.

Cały tydzień poświąteczny, aż do następnej niedzieli, zwanej „przewodami" panowała radosna atmosfera. Goszczono się i odwiedzano. Chłopcy krążyli z karteczkami zamówionymi w miejscowych drukarniach, na których były świąteczne życzenia. Zbierali za ich roznoszenie groszowe napiwki od nadawców i odbiorców. Odbywały się potańcówki. Młodsi grali w palanta polskiego, starsi ruskiego. Kojarzyły się przyszłe małżeństwa.

Moja maksyma (zasłyszana w okolicach Przasnysza):Kto prawdę mamrze ten się głodu namrze.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka