autor Zygmunt jan Prusiński
autor Zygmunt jan Prusiński
ZygmuntPrusiński ZygmuntPrusiński
18
BLOG

Te dni, te robaki, te kaczeńce

ZygmuntPrusiński ZygmuntPrusiński Kultura Obserwuj notkę 0

Zygmunt Jan Prusiński


TE DNI, TE ROBAKI, TE KACZEŃCE
(Do frazy: Nie rozbieraj się Brygida teraz...)

Nie rozbieraj się Brygida teraz, zobacz jest cisza;
czy ty wiesz co znaczy cisza w Polsce? –

Nie rozbieraj się Brygida teraz...

Poeci, malarze, i jeszcze inni tam, wybiegli jak latawce,
bo ognisko gniewu zostało zapisane –
czy namalowane zostało tego nie wiem,
ostatni raz pędzelek miałem w szkole podstawowej.

Nie rozbieraj się Brygida teraz...

W skorupce jajka po świętach płyną słowa życzeń;
czy są szczere to nie wiem, często mechanicznie
wyrzucamy o tak, by było przyjemnie,
w samo centrum znikającej kropki nad i. –

Nie rozbieraj się Brygida teraz...

Na ulicy Małej stary kot leży zabity, obok plama krwi,
pobiegłem po aparat i zrobiłem zdjęcie
na pamiątkę że był taki dzień, poniedziałek w marcu,
roztapiają się drobne śniegi – białe polanki.

Nie rozbieraj się Brygida teraz...

W kościołach dobitnie wiedzą, są dwie Polski,
ja wybrałem tę właściwą która jest biedna w ludziach
- aczkolwiek w nich „polskość” jest dosadna,
jak czarna ziemia na uboczu w zaspanych lasach.

Nie rozbieraj się Brygida teraz.

Wiesz co, hiperestezja we mnie płynie, łamią się akcenty
w kilku biegunach, a ścisłe zakręty prowadzą
do ślepych uliczek gdzie nawet echo nie wraca,
jednak słyszę krzyk dzieci, słyszę krzyk drzew...

Nie rozbieraj się Brygida teraz.

Wzorce rozpadają się – kamienie wydają dźwięki,
w samo południe przyjdzie Pan Bóg i rozdzieli niezgody
małżeńskie, zaszumią kaczeńce w obudzonych stawach,
a robaki pójdą na wojnę; tylko my jacyś nie domalowani
płyniemy na samym końcu na cieniutkiej korze z sosny,
że niby przepłyniemy ten zimny wodospad w nas.


28.03.2008 - Ustka



Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

10.06.2012 00:25

@Zygmunt Jan Prusiński


Panie Zygmuncie, pisze Pan: "a Polacy zostaną okrzyknięci sprawcami wybuchu II wojny światowej..."

Bo na Zachodzie tak są postrzegani. I być może słusznie! Sprawa nie wygląda jednoznacznie. Wygląda nawet tak, że Polacy faktycznie przyspieszyli wybuch II światowej, a może i przez swoje polityczne kunktatorstwo i flirty z Anglikami wywołali ją!

Bo przecież wojna nie wybuchła o Gdańsk i niemiecki "Korytarz do Prus Wschodnich". Polacy zostali zaatakowani, bo się opowiedzieli po stronie Anglików w sprawie likwidacji Trzeciej Rzeszy i za czymś, co miało skutkować rozbiciem dzielnicowym Niemiec na przyszłe dziesięciolecia a może i stulecia. A tego ani Niemcy, ani Hitler nie chcieli. Niemcy mieli prawo się bronić przed angielskimi zakusami do rozkawałkowania Niemiec na państwa związkowe! - (na wiele małych i słabych państw związkowych).

Wojna wybuchła bo Polacy wiązali się z Francją i Anglią systemem sojuszy militarnych i politycznych. Anglicy nie chcieli słyszeć o oddaniu Niemcom kawałka kolonii afrykańskiej, natomiast Polakom chcieli dać chętnie Madagaskar, żeby Polacy mogli tam wyekspirować trzy miliony żydów. Minister Józef Beck, który jeździł w 1938 roku oglądać Madagaskar, fotografował się z nagimi Papuasami, którzy mu doradzali, gdzie najlepiej rozlokować żydowskie kibuce.

Niemców to rozwścieczało, że Angole chcą dać w prezencie Polakom niemiecki Zanzibar - nie Niemcom! Czy by dali Polakom, czy tylko obiecywali, to już inna sprawa.

Tak czy owak żydzi by się zgodzili być na Madagaskarze, bliżej Palestyny, a z Polski i tak by nie wyjechali wszyscy, bo gdyby tu zostawili 10% żydów na rozsadę, to jak szarańcza po dwudziestu latach, znowu by ich było pięć razy tyle i krzyczeliby o swych tysiącletnich prawach do zawłaszczenie Polin.

Nie będę tu robił wykładu z historii Niemiec, ale byli oni najdłużej w Europie w rozbiciu dzielnicowym. Była to zawsze luźna federacji królestw i księstw, a po założeniu Związku Reńskiego przez Napoleona, federacją 25-30 krajów związkowych. W tym czasie wszystkie główne potęgi europejskie współpracowały w dziele utrzymania tego stanu jak najdłużej. Wszystkim mocarstwom zależało, żeby Niemcy były jak najdłużej skłócone, rozbite i słabe. Dopiero Bismarck zjednoczył je pod berłem króla Prus, cesarza Wilhelma I, który też w II Rzeszy nie był władcą absolutnym tylko figurantem, czyli reprezentantem Niemców (a nie ich panem i władcą). Władcą absolutnym przez jakiś czas był Bismarck! Po wojnie prusko-francuskiej w 1871 roku, i od tego czasu Francja i Anglia zdwoiły wysiłki, żeby zlikwidować to pruskie dążenie do scalania federacyjnej struktury z państw związkowych i znów doprowadzić zjednoczone Niemcy do rozbicia dzielnicowego.
Z tego powodu Anglicy wywołali I wojnę światową (i to swymi intrygami na Bliskim Wschodzie).

I wojna światowa zakończyła się Traktatem Wersalskim, który podpisywali przedstawiciele rządów poszczególnych państw związkowych, czyli królestw (pięciu królestw - z królestwem Prus włącznie) i siedemnastu księstw plus trzech Wolnych Miast. Bo II rzesza zorganizowana w 25 państw związkowych składała się właśnie z owych 5 królestw i 17 niezależnych księstw, które miały swoje osobne rządy, szkolnictwa, sądy, urzędy, systemy prawne a nawet swoje osobne wojska. To Anglikom i Francuzom pasowało, bo takie Niemcy były słabe.

Dlatego Traktatów Wersalskich nie podpisywał rząd Republiki Weimarskiej, którego w owym czasie jeszcze nie było (sejm weimarski ratyfikował te Traktaty później), bo go nie zdążono jeszcze powołać i uformować w miejsce ogólno-niemieckiego rządu, tylko podpisywali ten Traktat przedstawiciele królestwa Prus, królestwa Bawarii, królestwa Saksonii etc.

Aliantom chodziło o oto, żeby się zjednoczone Niemcy po wojnie nie odbudowały w formie zjednoczonego silnego państwa. I taka struktura związkowa trwała aż do 1936 roku, kiedy Hitler specjalnym dekretem rozwiązał wszystkie rządy państw związkowych i wszystkie związkowe urzędy, i znów zjednoczył Niemcy w jedno państwo.
Tego mu Anglicy nie chcieli darować, twierdząc, że pogwałcił literę Traktatów Wersalskich, która zadekretowała rozbicie dzielnicowe Niemiec na słabe państewka.

Po II wojnie światowej, rozbicie dzielnicowe chciano utrzymać w całej mocy na wiele dziesięcioleci. 8 maja 1945 Niemcy skapitulowały a kraj został podzielony na strefy okupacyjne, władzę zaś sprawowała Sojusznicza Rada Kontroli w Berlinie. Zdecydowała ona o rozwiązaniu Państwa Pruskiego (tak formułują to podręczniki historii), zaś na jego terenach utworzono niewielkie państewka niemieckie. (Chyba tytułem eksperymentu, czy nowe rozbicie dzielnicowe Niemiec może się udać). Stan ten trwał do czerwca 1948 roku, czyli do konferencji w Londynie, na której odrzucono sowiecki plan tworzenia jednego ogólno-niemieckiego rządu i zaczęto odbudowę Niemiec od tworzenia krajów związkowych, czyli Landów - w strefie Zachodniej. W strefie wschodniej oddano władzę Sowietom .

A więc pod koniec lat trzydziestych chodziło o utrzymanie status quo Imperium Brytyjskiego, któremu zagrażało scalenie Niemiec w jeden organizm przez Hitlera. Niemcy się pchali na Bliski Wschód i do Afryki i niewątpliwie tam by zagrażali imperialnym interesom tygrysom kolonializmu, czyli Francji i Anglii.

Niemcy potrzebowały w 1939 r. sojusznika do walki ekspansjonizmem i faszyzmem brytyjskim (w polityce międzynarodowej), a Polacy intrygowali za ich placami z największym wrogiem swego sąsiada. Inna sprawa, że Niemcy w sposób głupi „kokietowali” rząd Rydza i Mościckiego z pozycji siły, strasząc go, że gdy nie przestanie się zadawać z Londynem, to mu każą otwierać "niemiecki korytarz". Pogróżki miały otrzeźwić polskich polityków anglofilów, że lepiej trzymać Polsce z bliskim jej sąsiadem, czyli z Niemcami, niż z Anglią za morzem, ale pogróżki niemieckie wywarły odwrotny skutek i wystraszeni Polacy uciekali pod „opiekę” Albionu a głupi Niemcy brnęli w ślepą uliczkę bez wyjścia.

Sytuacja zrobiła się nerwowa od kwietnia 1939 r. gdy Anglicy zaczęli intrygować zarówno w Berlinie i w Moskwie jak i w Warszawie. W tych trzech stolicach odbywały się tajne spotkania, rozmowy różnych delegacji i snuto projekty różnych przymierzy militarnych. Najważniejsze z nich były brytyjskie ze Stalinem w Moskwie i z Hitlerem w Berlinie.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Hitler już nie rozkawałkuje z powrotem jednolitych Niemiec na drobne państwa związkowe, które w pojedynkę słabe nie stawiałyby Francuzom oporu i nie miały międzynarodowych żądań politycznych wobec Paryża i Londynu.

Jednym słowem zdawano sobie sprawę, że (jak to w historii dziejów) wojna jest nieuchronna, chodziło tylko o to, żeby pierwszy impet Hitlera skierować na wschód, na Polskę. I tak się stało. Ale gdyby Polacy nie intrygowali z Arthurem N. Chamberlainem, to by z ich powodu, czyli niemieckiego "Korytarza" i "umierania za Gdańsk", to II wojny światowej, z tej strony Europy by nie doszło. Hitler, być może, od razu uderzyłby na Anglię i Francję. A tak, to Polacy swymi uleganiami intrygom Anglików, wywołali (ze strachu) II wojnę światową.

Zygmunt Jan Prusiński Kraina wiatru i pereł... część I



Zygmunt Jan Prusiński – dawniej słupski poeta, obecnie mieszka w Ustce. Pierwszy wiersz napisał w Otwocku, gdy miał 14 lat. Dzisiaj, mając 71 lat, nie potrafi powiedzieć, ile wierszy wyszło spod jego pióra. Sądzi, że ze trzy tysiące i że złożyły się na 53 książki. Ale w Słupsku wydał tylko dwie: “W krainie żebraków słyszę bluesa” i ostatnio “W ogrodzie Norwida” (2014) nakładem Starostwa Powiatowego. Inicjator powołania Grupy “Wtorkowe Spotkania Literackie”, w młodości przewodniczący Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy w Słupsku. W 1980 roku na III Sesji Literackiej na Zamku w Bytowie, jury, któremu przewodniczył Roman Śliwnik, przyznało mu pierwsze miejsce za erotyk w Turnieju Jednego Wiersza. Romanowi Śliwonikowi poświęcił wtedy kilkanaście wierszy, teraz zamierza poświęcić mu całą książkę.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura