Pięć prawd o inflacji, których nauczył nas COVID

Inflacja nie musi być zła - pisze Rafał Woś.
Inflacja nie musi być zła - pisze Rafał Woś.
Z inflacją jest jak z dzikim zwierzem. Można się przed nim całe życie chować i drżeć, że nas rozedrze na strzępy. Ale dużo lepiej podjąć wysiłek jego… udomowienia. I zaprząc tego zwierza, by pracował dla nas.

O tym się dziś mówi i pisze w Europie. Takie jest tętno rozmów o inflacji.

Prawda druga: Inflacja uderza przede wszystkim w interesy kapitału

Od lat sensowną rozmowę o inflacji blokuje pewien mit. Głosi on, że inflacja - oczywiście i bezapelacyjnie - uderza w najbiedniejszych. Ale to nie jest prawda. Owszem, inflacja może uderzać w najbiedniejszych, ale tylko po pewnymi warunkami. Pierwszy warunek jest taki, że płace będą rosnąć wolniej od cen. Dzieje się tak zazwyczaj właśnie z powodu deflacyjnej polityki rządów i władz monetarnych. Ale to nie jest żadne prawo natury.

W praktyce rządzący mogą przecież iść zupełnie inną drogą. Mogą pilnować interesów najbiedniejszych poprzez stałe podwyżki płacy minimalnej. Albo poprzez zwiększanie emerytur. Albo poprzez różnego typu osłanianie ludziom skutków wzrostu cen kluczowych towarów. Sposobów jest naprawdę wiele. „There is a will, there is a way” - jak powiadają Anglosasi. Trzeba po prostu świadomie porzucić drogę polityki deflacji płac.

Dlaczego tak wiele rządów w przeszłości (zwłaszcza w ostatnich 30 latach) tego nie robiło? To ważne pytanie z dziedziny ekonomii politycznej. Odpowiedź na nie kryje się w samej naturze neoliberalnego zwrotu, który się wtedy dokonał. Nie czas pisać o głębszych przyczynach tego zjawiska. Warto raczej zwrócić uwagę na skutek. A on był taki, że rządy w minionym trzydziestoleciu domyślnie przyjmowały raczej perspektywę posiadaczy kapitału. I to ich interesom, chciały dogodzić.

Oczywiście nigdy nie odbywało się to pod hasłem „pilnujemy interesu sektora bankowego i zakumulowanych w nim miliardów”. Zamiast tego w grze była figura „drobnego ciułacza”. To nim się zasłaniano głosząc, że inflacja „pustoszy dorobek jego życia”. Tylko, że w praktyce ktoś taki, jak „ciułacz rentier” nie istnieje. To oksymoron. Wewnętrzna sprzeczność. Jak masz w banku kilka tysięcy złotych oszczędności to… nie jesteś żadnym rentierem. Nie możesz przecież żyć z odsetek od takiego kapitału. Tak naprawdę mamy więc jedynie „ciułaczy”.

Ale uwaga! Ciułacz nie będący rentierem musi być jednak jednocześnie pracownikiem. To jasne jak słońce. Inaczej nie miałby z czego żyć. Inflacja, która odbywa się w warunkach wyższego od inflacji wzrostu płac nie zmniejsza więc jego realnych dochodów. Taki ciułacz-pracownik jest na plusie. Nawet jeśli wydaje mu się, że traci. Bo trudno by mu się tak nie wydawało skoro kładą mu codziennie do głowy, że inflacja zżera jego oszczędności.

Ale jest ktoś, kto na inflacji traci. Właśnie ci prawdziwi rentierzy. To znaczy tacy, których dochód pochodzi raczej ze zakumulowanego kapitału niż z bieżącej aktywności zawodowej. Dla nich inflacja faktycznie jest rodzajem podatku majątkowego. I to oni chcą wyższej stopy procentowej. Bo jest ona dla nich niczym innym, jak podwyżką płacy minimalnej dla kapitału. A że wyższa stopa niszczy wzrost gospodarczy? A do tego przy jej pomocy (o czym za chwile) nie poradzimy sobie z postpandemiczną inflacją w obecnym wydaniu? A cóż to rentiera obchodzi?!

Prawda trzecia: stopa procentowa nie jest lekiem na całe zło.

Ortodoksja głosi, że starczy podwyższyć stopy procentowe. A inflacja zniknie. Jest w tym jakaś dziecinna fascynacją bankierem centralnym-Johnem Rambo. Takim, co przyjdzie i „zrobi porządek”. Tak, jak zrobił w Ameryce przełomu lat 70. i 80. „Długi Paul” Volcker. Faktycznie ówczesny szef Fedu zbił inflację. Przy okazji wywołał jednak w Ameryce największą recesję od lat 30. Z bezrobociem na poziomie dwucyfrowym. I z przypominającymi późniejsze polskie lepperiady najazdami zadłużonych farmerów na Waszyngton i oblewaniem gnojówką siedziby Rezerwy Federalnej.

Volcker wyświadczył też niedźwiedzią przysługę prezydentowi Carterowi, który go do banku centralnego nominował. W warunkach głębokiego kryzysu Ronald Reagan wygrał w cuglach wybory roku 1980. Ale bałagan jaki wywołał Volcker w polityce amerykańskiej był niczym w porównaniu z sytuacją na międzynarodowych rynkach kredytowych. Oto w ciągu ledwie kilku miesięcy szokowe podwyżki stóp procentowych dramatycznie zwiększyły zadłużenie dolarowych kredytobiorców. Wpychając pół świata w największy w historii kryzys zadłużeniowy.

Każdy, kto oczyma wyobraźni widziałby w banku centralnym nowych Volckerów powinien jednak pamiętać o prawdziwych przyczynach obecnej inflacji. Które nie są bynajmniej skutkiem nadmiernego wzrostu płac. Lecz mają swoje przyczyny w zbiegu dwóch okoliczności. Forsownej polityki klimatycznej wdrażanej przez Zachód (pod batutą Niemiec) celem osiągnięcia dekarbonizacji gospodarki do roku 2050. Oraz właśnie pandemii covid-19, która mocno zaczopowała globalne łańcuchy dostaw. W tych okolicznościach nawet volckerowskie podwyżki stóp na nic by się zdały. Bo to po prostu byłoby jedzenie zupy widelcem. Ani to efektowne ani tym bardziej efektywne.

Lubię to! Skomentuj136 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka