Nikt nie ma chyba wątpliwości, że chęć posiadania dóbr materialnych była bardzo ważnym czynnikiem napędzającym działalność człowieka praktycznie przez całą jego historię. Twierdzenie, że jeszcze nigdy w historii świata dobrobyt nie był udziałem tak wielu ludzi, również nie jest odkrywcze. Widać to szczególnie wyraźnie, podróżując pod krajach tzw. świata zachodniego. Zdarzające się co jakiś czas kryzysy ekonomiczne – naturalne dla kapitalizmu – nie są w stanie zmącić tego wrażenia. Społeczeństwa zachodnie zbliżają się więc do osiągnięcia takiego poziomu rozwoju, który zapewni dostatek wszystkim ich obywatelom. Coś, co wydawałoby się oczywiście sytuacją bardzo pożądaną, może się jednak – paradoksalnie – obróć przeciw nim. I nie chodzi tu bynajmniej o zahamowanie rozwoju po osiągnięciu celu – o to chyba nie trzeba się martwić, człowiek zawsze będzie dążył do poprawienia swojego statusu materialnego, niezależnie od stanu posiadania. Gra idzie o dużo większą stawkę, a okoliczności wbrew pozorom nie są dla nas sprzyjające.
Naturalnie wojna to rzecz zajmująca. Związany z nią lęk i cierpienie ludzkie jest upragnionym i miłym pokrzepieniem dla niezliczonego mnóstwa naszych urodzonych pracowników. Ale jakież trwałe dobro może nam to przynieść, jeśli nie wykorzystamy wojny dla dostarczenia dusz ludzkich Naszemu Ojcu w Otchłani? (…) Możemy spodziewać się dużej dozy okrucieństwa i nieczystości. Ale jeśli będziemy nieostrożni, ujrzymy, jak tysiące ludzi zwraca się w tej ciężkiej próbie ku Nieprzyjacielowi, podczas gdy dziesiątki tysięcy, które wprawdzie aż tak daleko się nie posuną – odwracają przecież uwagę od samych siebie, skierowując je na wartości i sprawy, które ich zdaniem przewyższają ich samych.
Tymi słowami stary diabeł – Krętacz – zwraca się do swojego ucznia Piołuna w doskonałej książce „Listy starego diabła do młodego” autorstwa C. S. Lewisa. Ich Ojciec w Otchłani to oczywiście Szatan, a Nieprzyjaciel to Bóg. Ale Lewis, piszący te słowa już jako chrześcijański neofita (wyznania anglikańskiego), zwraca uwagę na rzecz bardzo istotną, a dotykającą nie tylko ludzi wierzących. Pokolenie dzisiejszych 20-30-latków nie zna nie tylko wojny, ale nie pamięta też komunizmu (nie mówiąc już o społeczeństwach żyjąc po zachodniej stronie „żelaznej kurtyny”). Można by z ulgą powiedzieć – na szczęście. Żyjemy zatem w czasach względnego dostatku, dobrobytu. Możemy swobodnie rozwijać swoje pasje, zainteresowania, a nade wszystko – sami się rozwijać. Nic nie odwraca naszej uwagi od nas samych – jak zapewne z zadowoleniem zauważyłby Krętacz. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie jeden szczegół. W książce Lewisa Krętacz jest starym diabłem. Doświadczonym, niezwykle inteligentnym… czystym złem.
Dzisiaj nic nie jest czarne albo białe. Wartości są rozmyte. Istnieją jedynie różne odcienie szarości. Zło jest mało wyraziste i trudne do zidentyfikowania. Idziemy tym samym szlakiem, który przecierały społeczeństwa zachodnie najpóźniej od 1968 r. W obliczu braku odczuwalnych problemów, zapatrzeni w modne ideologie, zachłystujemy się swoją ludzką potęgą. Potęgą przecież pozorną i kruchą. Jednym z bardziej jaskrawych przykładów na ludzką pychę, niech będzie pomysł zabijania noworodków, u których wykryje się wady genetyczne po ich urodzeniu, czyli „aborcja po urodzeniu” proponowana przez zachodnich naukowców dra Alberto Giubiliniego i dr Francescę Minervai. Co więcej prof. Julian Savulescu w obliczu krytyki powyższych pomysłów, stwierdził:„ Bardziej niż kiedykolwiek jesteśmy świadkami ataku fanatyków na wartości liberalnego społeczeństwa"… Postawa taka wśród zachodnich bioetyków nie jest niestety odosobniona. Warto przytoczyć w tym miejscu słowa nieodżałowanego Zbigniewa Herberta: „potwór powinien mieć twarz potwora”. Takie były chociażby dwa straszne totalitaryzmy XX wieku – nazizm i komunizm. Nawet ten drugi, udając szczytne ideały, był przy tym tak jaskrawo zbrodniczy, że tylko osoba ze stępionym sumieniem, poznawszy jego naturę, mogła go popierać. Dzisiejsze potwory zazwyczaj są dużo trudniejsze do zdemaskowania.
To, że w obliczu sytuacji skrajnych, np. wojny widzenie wartości jest ostrzejsze, nie ulega chyba wątpliwości. Nawet w okresie PRL-u dużo łatwiej było stanąć po właściwej stronie, niż dzisiaj. Łatwiej było zachować się przyzwoicie. Dla jednych była to herbertowska „kwestia smaku”, dla innych kwestia czucia. Moja babcia – prosta kobieta z małego miasteczka – na propozycje wstąpienia do partii odpowiadała: „z diabłem się nie rozmawia”. Po prostu. Oczywistym kłamstwem jest twierdzenie, że w Polsce Ludowej wszyscy byli współodpowiedzialni za panujący system. Jeżeli ktoś decydował się na taką czy inną formę współpracy z aparatem władzy, czynił to zazwyczaj dla wymiernych korzyści, a nie ze świadomością, że tak trzeba, pro publico bono.
Dzisiaj dużo trudniej jest rozpoznać, co jest dobrem, a co złem. Potwory po doświadczeniach komunizmu nauczyły się przybierać piękniejsze maski, a swoje hasła podpierać logiczniejszymi wywodami. Jesteśmy, znów przywołując Herberta, „lepiej i piękniej kuszeni”. Nie czuję się oczywiście kompetentny wskazywać i osądzać, co jest dobrem, a co złem. Warto jednak zwrócić uwagę na egocentryzm naszej kultury czy swoisty kult intelektu. Pamiętajmy, że pierwszym z siedmiu grzechów głównych jest pycha. Żyjemy w bardzo ciężkich czasach.
Tekst ukazał się na stronie 10milionow.pl



Komentarze
Pokaż komentarze