Przygotowuję wystawę o wrocławskich Sybirakach. Obozów Gułagu nikt nie wyzwolił. Przez bramę nie wjechały willysy, nie wyskoczyli z nich zdumieni bezmiarem okrucieństwa żołnierze z aparatami fotograficznymi – zdjęcia z obozów koncentracyjnych Sybiru nie poszły w świat. Ci, którym pozwolono opuścić nieludzką ziemię wyjeżdżali z niej cichaczem, do końca niepewni, czy czerwona władza nie zmieni decyzji (a bywało i tak, bywało). Nie byli witani przez rodaków jak bohaterowie. Milczenie miało przykryć losy setek tysięcy Polaków, mordowanych, zmuszanych do niewolniczej pracy, ginących z głodu, mrozu i chorób. Zresztą gułag ani na chwilę nie przerwał intensywnej pracy. W miejsce tych, którzy opuszczali Gułag w latach czterdziestych i pięćdziesiątych natychmiast napływali następni – z zachodnich terenów ZSRR.
Ostatnie transporty więźniów z dawnych terenów Polski, które znalazły się we władaniu ZSRR, wyjechały na wschód w roku 1952. Deportowano wówczas kolejne tysiące Polaków – „kułaków” i byłych żołnierzy AK. Obozy koncentracyjne ZSRR pracowały dalej. Te, które władza zdecydowała się zamknąć, porasta dziś tajga – nie ma tam miejsc pamięci, pomników. W miejscach, gdzie trwała kaźń milionów nikt o tym nie przypomina, nikt nie dba o stan baraków, ogrodzeń, urządzeń obozowych, nie gromadzi pamiątek po ofiarach, nie fotografuje – wszystko ma utonąć w ciemnej rzece niepamięci.
Juliusz Woźny
tekst ukazał się na portalu 10milionow.pl oraz na stronie www.pamieciprzyszlosc.pl
Komentarze
Pokaż komentarze (1)