Bite 27 godzin premier Tusk "zastanawiał się", co zrobić z podrzuconym mu przez gen. Anodinę kukułczym jajem (pomińmy fakt, że praktycznie znał go prawie od miesiąca). I w blasku jupiterów oznajmił: "To, co uderza w raporcie to braki, a nie poszczególne stwierdzenia".
Skwapliwie poparł go szef MSWiA Miller, stwierdzając, że "raport polski będzie bardziej surowy dla strony polskiej niż rosyjskiej". To, czy premierowi chodziło mu o to samo, do dziś pozostaje niejasne.
Wg anonimowego eksperta zdecydowane "nie" pomysłom rządowym powiedział jednak sam Prezydent. W telefonicznej rozmowie z Miedwiediewem prawdopodobnie „postawił kropkę” w dyskusji na temat raportu MAK. "Arcyboleśnie prosta prawda" i koniec, to tak gwoli przypomnienia!
Tymczasem w płk. Klichuzupełnie niespodziewanie odezwała się żyłka "zagończyka". "Bali się (gen. Anodina i cała reszta), że powiem krytyczne słowa i pójdą w świat nie tylko superlatywy, ale konkretne uwagi odnośnie naruszania załącznika 13" – ocenił, komentując fakt, że nie został zaproszony do Moskwy.
Na domiar złegopłk Mirosław Grochowski, wiceprzewodniczący polskiej komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, obwieścił „przełom w śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej”. Okazało się bowiem, że ostatnie sekundy lotu prezydenckiego Tu-154 nie były desperacką próbą posadzenia tutki we mgle, jak podaje raport MAK, tylko prawidłową realizacją odejścia. "To wynika z zapisów z czarnych skrzynek" – stwierdził najzupełniej poważnie nasz ekspert.
Komentarze
Pokaż komentarze (13)