Wróciłem o 3 nad ranem z Warszawy, pełnym autobusem bliskich mi, ciepłych i serdecznych ludzi. Przeżyliśmy wczoraj od rana piękne i wzruszające chwile. Zbiorę siły, znajdę czas i trochę o tej niedzieli w stolicy napiszę. Dziś o czym innym. Rano, jeszcze dobrze nierozbudzony, usłyszałem w swoim ulubionym radiu, w przeglądzie prasy, informacje o manifestacji związkowców Solidarności nauczycielskiej. I o haśle (niesionym? wykrzykiwanym?) „Hall na pal”.
Tak nie można! Smucą się komentatorzy: „Brakuje słów. Ręce opadają”; krytykują publicyści: „Szkoda tych dzieci, których uczą tacy nauczyciele.”
Mnie też żal dzieci, ale nie od dziś. Co najmniej od czasu tej manifestacji pod Sejmem, a nawet nie pod, tylko na dziedzińcu sejmowym, gdy uczniowie przy swoich nauczycielach i opiekunach rozwiesili hasło: „Giertych do wora, wór do jeziora” i je głośno skandowali.
Co tu komentować! I tu i tam język zabijania. Nigdy nie powinno go być, szczególnie podczas protestów, których podmiotem jest uczeń. Już wówczas, te 4 lata temu, zjednoczony chór komentatorów i publicystów powinien go potępić. Zdecydowanie, „bez światłocienia”, że tak, ale… Osobiście uczyniłem to w swoim wystąpieniu sejmowym. W takich sytuacjach na dalszy plan schodzą rację merytoryczne. To, czy Giertych czynił coś złego w polskim systemie nauczania, czy teraz dopiero możemy drzeć włosy z głowy, staje się w świetle takiego brutalnego języka nieistotne. Ja akurat uważam, że Giertych miał czasem niefortunne decyzje, ale skandalicznych rozwiązań nie proponował. Zupełnie inaczej jest z panią Hall. Jednak możemy i musimy o tym rozmawiać innym językiem. Nawet, gdy strona ministerialna nas nie słucha – bo tak, niestety, jest.
Protestujmy więc zdecydowanie, ale unikajmy takich haseł. Jeżeli rzeczywiście chodzi nam o dobro ucznia.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)